Portal 40 Stopni.pl
Aplikacja do ratowania jedzenia przed wyrzuceniem zdobywa coraz więcej zwolenników. W ten sam sposób można także ratować kwiaty czy kosmetyki
– Rozmawiamy z wieloma producentami różnych biznesów: zaczęliśmy od ratowania jedzenia, ale widzimy, że coraz więcej zasobów jest spisanych na straty. Dlatego zaczęliśmy ratować również kwiaty, które więdną w kwiaciarniach, a wciąż mogą udekorować czyjś salon, jedzenie dla zwierząt czy kosmetyki z drogerii, które też mają określoną datę przydatności – mówi Mateusz Kowalczyk, współzałożyciel i prezes start-upu Foodsi. Podstawowym celem aplikacji wciąż jest jednak przeciwdziałanie marnowaniu żywności. Łączy w tym celu sklepy i restauracje mające nadwyżki jedzenia, z użytkownikami, którzy chcą je kupić w promocyjnej cenie. Liczba uratowanych paczek sięga już miliona, a twórcy aplikacji przygotowują się powoli do zagranicznej ekspansji.
Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) podaje, że każdego roku na świecie marnuje się ok. 1,3 mld t żywności, która wciąż nadaje się do spożycia. Natomiast w Polsce – jak pokazuje ubiegłoroczny raport NIK i przytaczane w nim dane – każdego roku na śmietnik trafia prawie 5 mln t jedzenia, czyli średnio 150 kg w każdej sekundzie. Najwięcej (ok. 60 proc.) stanowi żywność z gospodarstw domowych. Badania prowadzone w ramach „Programu racjonalizacji strat i ograniczania marnotrawstwa żywności” (PROM) pokazały, że Polacy najczęściej wyrzucają jedzenie z powodu jego zepsucia albo przeoczenia daty ważności. Jednak więcej niż co czwarty konsument przyznał, że zdarza mu się wyrzucać jedzenie, ponieważ przygotował jego zbyt dużą ilość.
– Skala marnowania żywności jest zbyt duża. Około 1/3 tego, co produkujemy, co trafia do sklepów, lokali i na nasze stoły, ostatecznie ląduje w śmietniku – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kowalczyk, współzałożyciel i prezes Foodsi.
Z wyliczeń NIK wynika, że istotny udział w skali problemu mają jednak nie tylko konsumenci. Nieco ponad 31 proc. marnowanej w Polsce żywności pochodzi z przetwórstwa i produkcji rolniczej, 7 proc. – ze sklepów i sektora handlu, a blisko 1,3 proc. – z gastronomii. I choć procentowo wydaje się to relatywnie niewiele, to z badań przeprowadzonych w ramach PROM wynika, że w samym tylko sektorze handlu co roku marnuje się 337 tys. t jedzenia. Tylko niewielką jego część udaje się zagospodarować: w 2020 roku w ramach ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności organizacje pozarządowe dostały od sprzedawców w sumie nieco ponad 18,5 tys. t produktów spożywczych, które niemal w całości przekazały potrzebującym (dane GIOŚ). To zaledwie ok. 5,5 proc. żywności marnowanej w handlu i ok. 0,4 proc. całej żywności marnowanej w Polsce.
– Foodsi adresuje problem marnowania żywności, staramy się sprawić, żeby jedzenie przestało marnować się w tak dużej skali. Ale też staramy się również wpływać na świadomość naszych odbiorców, edukować ich, pokazując wagę problemu i to, jak mu zapobiegać – mówi prezes start-upu. – Kwestia marnowania żywności jest nam bliska. Obserwowaliśmy ten problem, pracując w gastronomii w czasach studenckich. Później dodatkowo się dokształciliśmy, co też otworzyło nam oczy na to zjawisko i finalnie doprowadziło do stworzenia projektu, który na początku był dla zabawy, a potem przerodził się w szybko rozwijający się biznes.
Foodsi to polski start-up w duchu zero waste, który powstał w 2019 roku. Rozwija aplikację umożliwiającą spożytkowanie nadwyżek jedzenia, które każdego dnia powstają w restauracjach, piekarniach, sklepach i punktach gastronomicznych. Jej użytkownicy mogą kupić takie produkty, płacąc za nie minimum 50 proc. taniej. Dzięki temu w niskiej cenie zyskują wciąż pełnowartościowe produkty żywnościowe lub gotowe dania, których punkty gastronomiczne następnego dnia już nie będą mogły sprzedać. Dla przedsiębiorców to dodatkowe źródło przychodów i oszczędność kosztów związanych z utylizacją produktów. Finalnie znacznie mniej jedzenia trafia na śmietnik.
– Zainteresowanie po stronie sklepów i restauracji jest coraz większe, ponieważ edukacja rynku postępuje. Na początku, kiedy startowaliśmy, wyglądało to trochę inaczej. Wtedy nasi potencjalni partnerzy czuli się wręcz obrażeni tym, że sugerujemy, iż u nich się coś wyrzuca. Natomiast w tej chwili jesteśmy coraz popularniejszym narzędziem – mówi współzałożyciel Foodsi. – Udało nam się uratować już bardzo dużo jedzenia. Nasze lokale partnerskie chętnie korzystają z aplikacji. Niebawem przekroczymy milion uratowanych paczek żywnościowych, co zajęło nam dwa lata pracy, ale myślę, że kolejny milion zamknie się w kilka miesięcy.
Jak wskazuje, liczba użytkowników aplikacji mobilnej Foodsi sukcesywnie rośnie. To głównie mieszkańcy dużych miast, bo na nich skupia się działalność start-upu, ale niebawem się to zmieni.
– Będziemy docierać również do mniejszych miejscowości, które też mają na swojej mapie piekarnie, kawiarnie, restauracje czy sklepy, w których istnieje problem marnowania żywności – zapowiada Mateusz Kowalczyk. – W ostatnim czasie trochę inaczej spoglądamy na rynek. Rozmawiamy z wieloma producentami różnych biznesów, bo widzimy, że coraz więcej zasobów jest spisanych na straty. Dlatego zaczęliśmy ratować również kwiaty, które więdną w kwiaciarniach, a wciąż mogą udekorować czyjś salon, jedzenie dla zwierząt czy kosmetyki z różnych drogerii, które też mają określoną datę przydatności.
Niedawno start-up pozyskał 6 mln zł finansowania, które zapewniły m.in. fundusze CofounderZone i Satus Starter oraz inwestorzy prywatni – w tym założyciele Pyszne.pl. Zastrzyk finansowania ma pomóc w dalszym rozwoju aplikacji, pozyskiwaniu nowych lokali i zwiększeniu dotarcia w Polsce, a także przygotowaniu do zagranicznej ekspansji.
– Plany na dalszy rozwój to przede wszystkim docieranie do coraz większej liczby miejsc, które ratują jedzenie, jak i użytkowników, którzy będą je ratować. Chcemy to robić coraz szerzej, docierać do większej liczby mniejszych miast, a w dalszej kolejności na kolejne rynki – zapowiada współzałożyciel Foodsi.
Finansowy zastrzyk dla początkujących start-upów może otwierać drogę do ich szybkiego rozwoju. Milionowe przychody są możliwe do osiągnięcia w ciągu kilku lat
Nowatorskie prace naukowe młodych chemików mają szansę zmienić przemysł. Jego zapotrzebowanie na innowacje w dziedzinie chemii stale rośnie
Innowacje w chemii są obecne w niemal każdej dziedzinie życia, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Przykładem może być działanie smartfonów, odnawialnych źródeł energii czy elektrycznych samochodów. – Są też konieczne, by odpowiadać na najważniejsze wyzwania stojące dziś przed człowiekiem i planetą. Bez dokonań naukowców sami, jako przemysł, nie jesteśmy w stanie im podołać – mówi Andrzej Pałka, dyrektor generalny koncernu chemicznego DuPont Polska. Dlatego firma od lat jest partnerem konkursu Złoty Medal Chemii, organizowanego przez Instytut Chemii Fizycznej PAN, dla najlepszych prac naukowych w dziedzinie chemii. Od 12 lat nagradzane w nim są badania, które będą mieć wpływ na dalszy rozwój tej dziedziny nauki albo znajdą komercyjne zastosowania w przemyśle.
– Chemia jako dziedzina nauki – w połączeniu z bardzo dobrymi pomysłami na to, jak ją wykorzystać w życiu codziennym i technologiach, które rozwijamy, aby ułatwiały nam życie – już dziś pomaga tworzyć samochody elektryczne, czerpać energię ze źródeł odnawialnych. Odpowiada na te wszystkie problemy, które stoją przed człowiekiem i planetą. Bez jej rozwoju nie jesteśmy w stanie im podołać. Połączenie umysłów naukowców z przemysłem, który wie doskonale, jak przekształcić te dobre pomysły w produkty odpowiadające na te wyzwania, to jest połączenie idealne – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Pałka.
Innowacje w tej dziedzinie to motyw przewodni prestiżowego konkursu Złoty Medal Chemii, organizowanego przez Instytut Chemii Fizycznej PAN (IChF PAN) we współpracy z firmą DuPont. Jego celem jest wyłonienie autorów najlepszych nowatorskich prac licencjackich lub inżynierskich z chemii i jej pogranicza napisanych i obronionych w Polsce w roku akademickim 2021/2022.
– Innowacyjna chemia to interdyscyplinarne połączenie z fizyką, matematyką i elektroniką. Jest o tyle ważne, że wszyscy dzisiaj korzystamy z tych technologii, nawet posługując się naszymi telefonami i samochodami. Ona jest praktycznie niezbędna w codziennym życiu – mówi dyrektor generalny DuPont Polska. – Chcemy wspierać młodych naukowców, ponieważ doskonale wiemy, że bez nich trudno byłoby tworzyć nowe, innowacyjne technologie i produkty.
– Te prace są poświęcone badaniom – zarówno podstawowym, jak i takim, które w przyszłości mogą mieć potencjalne, praktyczne zastosowanie – mówi prof. dr hab. Marcin Opałło, dyrektor Instytutu Chemii Fizycznej PAN.
Do tegorocznej, 12. edycji konkursu zgłoszono w sumie 43 prace z 11 jednostek akademickich. Oceniające je jury brało pod uwagę m.in. wartość naukową pracy, dorobek publikacyjny jej autora, znaczenie praktyczne otrzymanych rezultatów, wykorzystanie nowoczesnych metod analitycznych oraz samodzielność prowadzenia badań. Ostatecznie do finału zakwalifikowało się 15 uczestników, a 13 grudnia miało miejsce ogłoszenie końcowych wyników konkursu oraz uroczyste wręczenie nagród.
Główną nagrodę, czyli Złoty Medal Chemii 2022, otrzymała Martyna Osada z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego za badania dotyczące ultrazimnych cząsteczek, tj. molekuł schłodzonych do temperatur niższych niż 1 mK, które znajdują szerokie zastosowanie we współczesnej chemii i fizyce. W zwycięskiej pracy dyplomowej zostały wykonane dokładne obliczenia ab initio dla monowodorków metali alkalicznych i metali ziem alkalicznych.
– Ultrazimne molekuły znajdują zastosowanie jako narzędzia do pomiarów, które pozwalają nam stwierdzić granice stosowalności niektórych teorii. Przykładowo są stosowane jako narzędzia do mierzenia momentu dipolowego elektronu – mówi Martyna Osada. – Współcześnie nie odkryliśmy, aby elektron miał jakiś moment dipolowy, jednak niektóre teorie – np. teoria strun czy model standardowy – przewidują, że ten moment istnieje. Jest bardzo malutki, ale niezerowy. Wykonywanie coraz dokładniejszych pomiarów przy użyciu właśnie ultrazimnych molekuł może pozwolić nam wykluczyć niektóre z tych teorii lub zaproponować nowe.
Jak podkreśla, wygrana w konkursie to dla niej potwierdzenie, jak ważną dziedziną badań jest ultrazimna fizyka.
– Po drugie, jest ona dla mnie docenieniem pasji po latach. Chemią zainteresowałam się już pod koniec szkoły podstawowej i od samego początku interesowały mnie molekuły i małe układy, więc Złoty Medal Chemii jest dla mnie uhonorowaniem tego, że pasja naukowa może być kontynuowana przez tyle lat i nie wygasnąć – mówi laureatka nagrody głównej
Drugą nagrodę, czyli Srebrny Medal Chemii, zdobyła w tym roku Zofia Dziekan, również z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, za badania nad inteligentnym materiałem, który powstaje poprzez wbudowanie cząsteczek ciekłego kryształu w sieć polimerową. Po podgrzaniu zachowuje się on jak sztuczny mięsień. Jego sposób odkształcenia można modyfikować, zmieniając ułożenie molekuł, które go tworzą. Wyniki tej pracy mogą w przyszłości posłużyć np. do stworzenia mikronarzędzi, robotów bądź przestrajalnych elementów optycznych.
Trzecią nagrodę, czyli Brązowy Medal Chemii, otrzymał natomiast Paweł Grzybek z Wydziału Chemicznego Politechniki Śląskiej za pracę dotyczącą aparatury do perwaporacyjnego rozdzielania mieszanin ciekłych. Dzięki temu urządzeniu można badać właściwości transportowe jednorodnych membran oraz otrzymywać ciekłe substancje chemiczne o wysokiej czystości. Perwaporacja ma obecnie bardzo duże znaczenie w przemyśle chemicznym, należy do tanich metod rozdzielania i oczyszczania związków chemicznych.
Oprócz głównych nagród jury przyznało w tym roku cztery wyróżnienia. Trafiły one do Adriana Drozdowskiego i Katarzyny Mądry z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Marcela Jakubowskiego z Politechniki Poznańskiej oraz Anastasii Hrunyk z Politechniki Warszawskiej. Wyróżnieni otrzymali po 1 tys. zł nagrody. Natomiast specjalne wyróżnienia od DuPont Polska powędrowały do Pawła Grzybka, czyli zdobywcy trzeciego miejsca, Julii Moszczyńskiej (za pracę opisującą syntezę nanomateriałów CuO, która pozwoliłaby produkować wodę pitną z wody morskiej) oraz Katarzyny Pianki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (za pracę dotyczącą technik membranowych w inżynierii żywności). Ta grupa naukowców otrzymała po 2 tys. zł nagrody.
– Złoty Medal Chemii to pierwszy konkurs na drodze do karier młodych ludzi, jeszcze studentów, którzy są wybitnie zdolni. Ci ludzie będą w przyszłości stanowić trzon polskiej chemii, ich sukcesy będą sukcesami w polskiej chemii, zarówno w aspekcie badań naukowych, jak i w obszarze komercyjnym, przemysłowym – mówi koordynator konkursu, prof. dr hab. Robert Nowakowski z IChF PAN.
Zdobywczyni Złotego Medalu otrzymała również nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł. Ze Srebrnym Medalem wiąże się gratyfikacja w wysokości 5 tys. zł, a z Brązowym – 2,5 tys. zł. Wszyscy finaliści konkursu zyskali też możliwość odbycia stażu naukowego w Instytucie Chemii Fizycznej PAN oraz bezpłatnego realizowania badań w jego laboratoriach.
Honorowy patronat nad 12. edycją konkursu Złoty Medal Chemii sprawował prof. dr hab. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, a także Polskie Towarzystwo Chemiczne i Komitet Chemii Analitycznej Polskiej Akademii Nauk.
Polskie innowacyjne branże mają coraz większy udział w eksporcie. W nowej perspektywie UE będą dla nich dostępne środki na wsparcie ekspansji zagranicznej
Ekspansją zagraniczną interesują się już nie tylko największe firmy, lecz również sektor MŚP. Duża w tym zasługa instrumentów wsparcia, z których mogą skorzystać. Jednym z nich w ostatniej unijnej siedmiolatce był program Go to Brand, w ramach którego wsparcie na łączną kwotę 834 mln zł otrzymało ponad 2,5 tys. projektów. PARP, która realizowała ten program, zapowiada, że w nowej perspektywie małe i średnie firmy zainteresowane wyjściem na zagraniczne rynki także będą mogły liczyć na wsparcie. Trwają prace nad nowym programem w ramach Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki.
– Polscy przedsiębiorcy bardzo chętnie decydują się na ekspansję zagraniczną. Nasz instrument Go to Brand dał im możliwość poszukiwania nowych rynków zagranicznych. O jego efektach świadczy liczba realizowanych przez nas umów, która wynosi ok. 2,5 tys. To pokazuje, jak wiele przedsiębiorstw chętnie z tego instrumentu korzysta – mówi agencji Newseria Biznes Aneta Jeziorska-Bakiera, zastępca dyrektora Departamentu Internacjonalizacji Przedsiębiorstw w PARP.
Raport „30 lat polskiego eksportu” opublikowany przez KUKE i ośrodek analityczny SpotData pokazuje, że jeszcze w 1992 roku eksport towarów z Polski wynosił ok. 13,2 mld dol. Obecnie takie przychody z zagranicznej sprzedaży rodzime firmy wypracowują w ciągu dwóch tygodni. Na przestrzeni blisko 30 lat polski eksport wzrósł aż 25-krotnie, zmieniła się też jego struktura: jeszcze w 2001 roku Polska była europejskim liderem w sprzedaży węgla, w 2010 roku – mebli, a w 2020 roku – monitorów, co pokazuje, że polska gospodarka przesuwa się w górę drabiny wartości dodanej. W sumie w 2020 roku było ponad 40 branż, w których Polska była liderem eksportu wśród krajów UE.
– Fundusze unijne wspierają niszowe branże i sektory, które mają naprawdę dużą przyszłość w polskiej gospodarce. Gaming, który reprezentuje nasza marka, jest tego typu branżą, która rok do roku bardzo dynamicznie się rozwija – mówi Rafał Mejsak, dyrektor ds. badań i rozwoju AIMControllers.
Firma ta, która zajmuje się produkcją personalizowanych kontrolerów do gier na PS4, PS5 i Xboxa, jest jednym z beneficjentów programu. Rozpoczęła działalność osiem lat temu i w krótkim czasie – dzięki wsparciu ekspansji na zagranicznych rynkach – stała się największym producentem w Europie i drugim co do wielkości na świecie. W naborach konkursu Go to Brand organizowanych przez PARP przedsiębiorcy mogli się ubiegać o dofinansowanie sięgające nawet kilkuset tysięcy złotych na sfinansowanie promocji swoich marek produktowych za granicą.
– Mieliśmy możliwość udzielenia wsparcia przedsiębiorcom z 12 różnego rodzaju branż. Firmy otrzymały dotacje na realizację różnego rodzaju wydarzeń promocyjnych, takich jak targi, misje gospodarcze przyjazdowe i wyjazdowe czy konferencje, również te zagraniczne. Ale przede wszystkim chodziło o to, żeby zbudować możliwość nawiązania kontaktów B2B z zagranicznymi kontrahentami – mówi Aneta Jeziorska-Bakiera.
– Dzięki temu, że skorzystaliśmy z projektu Go to Brand, mogliśmy brać udział w imprezach i targach międzynarodowych, wyjechaliśmy do Australii, Stanów Zjednoczonych, w których byliśmy dwa razy. Byliśmy na gamescomie w Niemczech. To były bardzo duże targi, dzięki nim, dzięki udziałowi w projekcie rozwinęliśmy się bardzo szybko i wzrosła nam sprzedaż – mówi Małgorzata Chutkowska, dyrektor ds. finansowych AIMControllers.
– Każdy wyjazd zagraniczny daje nam szansę kontaktu z naszymi klientami, którzy są bardzo specyficzną społecznością. Są to osoby, które się spotykają, wymieniają doświadczeniami i opiniami na temat gier i wydarzeń e-sportowych, w których biorą udział. Są to też okoliczności, w których mogą sprawdzić swoje umiejętności, poznać nowe produkty adresowane dla społeczności graczy na całym świecie – mówi Rafał Mejsak. – Nasze kontrolery są dla klienta indywidualnego, ale bardzo często zdarza nam się współpraca B2B. Ostatnio mieliśmy bardzo ciekawe zlecenie od Polskiego Związku Piłki Nożnej i kontrolery marki AIMControllers poleciały z naszą kadrą na mundial do Kataru.
Z raportu KUKE i SpotData wynika, że choć ok. 80 proc. polskiego eksportu wciąż trafia na rynki unijne, przede wszystkim do Niemiec, to krajowe marki systematycznie zwiększają penetrację innych rynków zagranicznych, tym bardziej że pole do dalszej ekspansji wciąż jest bardzo duże.
– Poza wydarzeniami targowymi w ramach projektu Go to Brand zrealizowaliśmy też dwa komplementarne działania – skorzystaliśmy z usług doradczych oraz szkoleniowych. Obie te usługi wyposażyły naszych pracowników w wiedzę na temat tego, jak mamy się poruszać na rynkach zagranicznych, żeby efektywniej sprzedawać nasz produkt, lepiej prowadzić rozmowy handlowe i negocjować – dodaje dyrektor ds. badań i rozwoju AIMControllers.
O dotacje w programie Go to Brand mogły się ubiegać mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa posiadające produkt bądź usługę (markę produktową) z potencjałem do tego, aby stać się marką globalną, rozpoznawalną na rynkach zagranicznych. Wsparciem mogły zostać objęte podmioty z branż o wysokim potencjale konkurencyjnym i innowacyjnym, takich jak: biotechnologia i farmaceutyka, budowa i wykańczanie budowli, części samochodowe i lotnicze, maszyny i urządzenia, moda polska, IT/ICT, jachty i łodzie rekreacyjne, polskie specjalności żywnościowe, sprzęt medyczny, branża kosmetyczna, meblarska oraz usług prozdrowotnych. Statystyki pokazują, że przez pięć lat, między 2016 a 2021 rokiem, wiele MŚP z tej możliwości skorzystało.
– Na początku mieliśmy ok. 300 aplikacji rocznie, ale potem stwierdziliśmy, że trzeba wprowadzić ułatwienia we współpracy z naszymi partnerami, instytucjami zarządzającymi i przedsiębiorcami. Wypracowaliśmy metody upraszczające ten instrument, żeby łatwiej było rozliczać projekty i aplikować o środki. To spotkało się z dużym odzewem. Już w 2019 roku dostaliśmy blisko 1,4 tys. aplikacji, a kolejne lata pokazały, że jest to dobry kierunek – mówi Aneta Jeziorska-Bakiera.
Program Go to Brand był finansowany z unijnego Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój na lata 2014–2020 w ramach poprzedniej siedmiolatki. Łącznie z funduszy europejskich do polskich firm trafiło ponad 834 mln zł, a ostatnie nabory zostały przeprowadzone w ubiegłym roku. Nie oznacza to jednak, że firmy planujące zagraniczną ekspansję zostaną bez możliwości wsparcia. W ramach środków z nowej perspektywy finansowej UE na lata 2021–2027 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości planuje uruchomić podobny instrument.
– W ramach nowego programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki planujemy taki instrument skierowany do firm, które mają znaczący potencjał eksportowy. Będziemy chcieli wspierać marki innowacyjnych przedsiębiorstw. W tej chwili trwają prace nad tym instrumentem, zapraszamy w przyszłym roku do śledzenia informacji na ten temat – zapowiada ekspertka PARP.
Wśród dotychczasowych beneficjentów środków z PARP – obok AIMControllers – znalazły się także spółki Silvam-ex, specjalizująca się w produkcji i sprzedaży wyrobów jubilerskich, Sobusiak Yacht-Yard z branży stoczniowej, Nomtek, specjalistyczna agencja programistyczna, Grenton specjalizujący się w produkcji kompletnego systemu inteligentnego domu, producent wysokiej jakości ekstraktów roślinnych Greenvit, firma budowlaną Izodom 2000 Polska czy Stara Mydlarnia, producent naturalnych kosmetyków.

Technologia Data Fabric zrewolucjonizuje sektor finansowy. Banki będą jej potrzebować, żeby nadążyć za bigtechami [DEPESZA]
Edukacja branżowa coraz mocniej nastawiona na zajęcia praktyczne. Duży udział mają w tym firmy
Chociaż liczba uczniów w szkołach branżowych stopniowo rośnie, to wciąż edukacja zawodowa nie jest pierwszym wyborem większości młodzieży i ich rodziców. Powoli zmienia to jednak sytuacja na rynku pracy, gdzie zapotrzebowanie na fachowców stale rośnie, a pracodawcy narzekają na brak wykwalifikowanych kadr. Międzynarodowe branżowe igrzyska EuroSkills i WorldSkills mają ten temat odczarować. – Chcemy pokazywać młodym ludziom, że bycie superfachowcem w danej branży może być bardzo fajne – mówi dr hab. Paweł Poszytek z Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Istotna w tym kontekście jest ścisła współpraca szkół i uczelni z firmami. Dzięki temu programy nauczania są coraz lepiej dostosowane do wymogów współczesnego rynku pracy.
W porównaniu z poprzednim rokiem szkolnym liczba branżowych szkół I stopnia zwiększyła się o sześć placówek. Do 1674 branżowych szkół I stopnia uczęszczało 207,1 tys. uczniów (o 2,5 proc. więcej niż w poprzednim roku szkolnym), wśród których 68,3 proc. to mężczyźni. Z kolei liczba techników w roku szkolnym 2021/2022 zmniejszyła się w porównaniu z poprzednim rokiem szkolnym o 0,5 proc., natomiast liczba uczniów zwiększyła o 1,4 proc. W 1854 technikach uczyło się 656,5 tys. uczniów, wśród których przeważali mężczyźni (61,1 proc.).
– Edukacja branżowa rzeczywiście nie cieszy się popularnością wśród młodzieży, a przede wszystkim wśród rodziców, którzy raczej szukają dla swoich dzieci bardziej kierunku rozwoju w edukacji ogólnej czy też na poziomie wyższym na różnego rodzaju programach, kursach uczelnianych, uniwersyteckich – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Paweł Poszytek, dyrektor generalny Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, oficjalny delegat WorldSkills Poland. – Dzięki WorldSkills chcemy to odczarować. Młodzi ludzie uwielbiają technologie, a większość branż w tej chwili jest stechnologizowana, wykorzystuje nowoczesne technologie, więc młodzi ludzie są w stanie tutaj posmakować tych branż od fajniejszej strony.
Najbardziej prestiżowy i największy w Europie konkurs umiejętności zawodowych EuroSkills w przyszłym roku odbędzie się w Gdańsku. Będzie to pierwsza tego typu impreza w Polsce. Organizatorzy szacują, że we wrześniu do Gdańska przyjedzie ok. 600 zawodników z 32 państw – wspieranych przez kibiców, sponsorów, trenerów i oficjalne delegacje krajowe. Zawodnicy będą rywalizować w ponad 40 konkurencjach, takich jak m.in. gotowanie, stolarka, spawanie, florystyka czy cukiernictwo, aż po nowoczesne technologie, związane z chmurą obliczeniową, cyberbezpieczeństwem, robotyką i przemysłem 4.0. EuroSkills to eliminacje do zawodów na poziomie światowym, czyli międzynarodowego konkursu WorldSkills, nazywanego igrzyskami olimpijskimi zawodów branżowych. Będzie to również okazja, żeby sprawdzić, jak prezentuje się poziom polskiego szkolnictwa branżowego na tle reprezentacji innych państw.
– W trakcie tych zawodów możemy sprawdzić zakres i jakość współpracy wszystkich podmiotów, które działają na rzecz rozwoju kompetencji branżowych i zawodowych. Mamy tu biznes, sektor edukacyjny i organizacje branżowe – mówi ekspert. – W trakcie zawodów Skills Poland 2022 mieliśmy 60 firm wspierających. To pokazuje, że sektor przemysłu i przedsiębiorcy są bardzo zainteresowani współpracą z edukacją.
– Biorąc pod uwagę to, co się dzieje na rynku i braki wykwalifikowanej kadry, nie ma możliwości znalezienia odpowiedniego pracownika bez właściwej edukacji. Cele Skillsów pomagają w tym zadaniu. To fajne miejsce dla pracodawców. Ci młodzi ludzie to są potencjalni, naprawdę dobrzy pracownicy, którzy nie dość, że pokazują swoje umiejętności w zakresie technicznych aspektów, ale również ważne umiejętności miękkie – podkreśla Artur Aleksiejczuk, dyrektor specjalizującej się w technikach automatyzacji firmy Festo.
Przedsiębiorstwa w coraz większym stopniu angażują się we współpracę ze szkołami branżowymi i uczelniami, m.in. organizując dedykowane klasy i kierunki studiów, delegując swoich przedstawicieli jako wykładowców albo organizując staże i szkolenia dla uczniów szkół branżowych i studentów.
– Edukacja formalna rządzi się swoimi prawami, natomiast to pracodawcy wiedzą, czego oczekują od pracownika. Dlatego szkolimy, pomimo że edukacja zrobiła swoje – mówi Artur Aleksiejczuk.
Eksperci podkreślają, że kooperacja między szkołami a przemysłem jest dosyć mocno rozwinięta w innych krajach, np. w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii.
– Tam ta współpraca jest właściwie naturalna i funkcjonuje naprawdę w dalekiej symbiozie. Okazuje się, że w Polsce też jesteśmy w stanie bardzo szybko do takiego standardu dojść – ocenia dyrektor generalny FRSE.
Współpraca biznesu z sektorem edukacyjnym to korzyść dla obu stron. Dzięki niej firmy mogą pozyskiwać sprawdzonych, wykwalifikowanych pracowników i budować swój wizerunek jako dobrego pracodawcy. Z kolei szkoły i uczelnie wyższe mogą poszerzyć swoją ofertę edukacyjną, pozyskać fundusze na badania czy rozwinąć przedsiębiorczość akademicką. Co istotne, kandydaci na studia coraz częściej oceniają swoje przyszłe uczelnie właśnie pod względem przygotowania do rynku pracy i oczekiwań firm.
– Studenci, działając jako koła naukowe, bardzo często sami zapraszają przedstawicieli firm – mówi Mirosław Czechlowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, ekspert zawodów EuroSkills w konkurencji mechanika. – Często też już na pierwszym roku studiów podejmują pracę w swojej branży. Dzięki temu mają możliwość porównania teorii, której uczą się na studiach, z praktyką. Ci studenci często dość szybko trafiają potem na dość odpowiedzialne stanowiska w firmach i mówią, że rzeczywiście to połączenie teorii i praktyki w postaci pracy i studiów pozwala im znacznie szybciej się rozwijać.
Bezpieczeństwo danych kluczowe podczas transformacji cyfrowej firm. Dlatego chmura hybrydowa zyskuje na popularności
Odpowiedni model przechowywania i przetwarzania danych jest fundamentem ciągłości wielu biznesów. Zagrożeniem są nie tylko awarie i błędy użytkowników, lecz także nasilające się cyberataki. W trakcie pandemii COVID-19 wzrosła popularność rozwiązań chmurowych i świadomość korzyści, jakie niesie za sobą ta technologia. Część firm wciąż widzi szereg barier w migracji do chmury publicznej i wybiera tzw. rozwiązania on-premise, czyli przechowywanie danych na serwerach lokalnych. Hybrydowe rozwiązania – łączące obie te technologie – będą jednak zyskiwać na popularności. – W nadchodzących latach klienci będą wybierać rozwiązania z jednego źródła i łączyć rozwiązania od dostawców, którzy mogą zaoferować zarówno przechowywanie danych w chmurze, jak i na serwerach lokalnych – prognozuje Igor Cejkovský z Synology.
Z „KPMG global tech report 2022” wynika, że firmy widzą korzyści z cyfrowej transformacji. Prawie wszyscy spośród 2,2 tys. badanych liderów technologicznych i ekspertów branżowych wskazali, że miała ona pozytywny wpływ na rentowność lub wydajność w ciągu ostatnich 24 miesięcy, a znaczna liczba odnotowuje również duże zyski.
– Transformacja cyfrowa gwałtownie przyspieszyła w związku z pandemią COVID-19. W trakcie tego procesu przedsiębiorstwa miały do wyboru jedno z dwóch rozwiązań: przechowywanie danych na serwerach lokalnych lub w chmurze. Każde z nich ma określone zalety, które łączy hybrydowa technologia oparta na chmurze – mówi agencji Neweria Biznes Igor Cejkovský, dyrektor ds. rozwoju działalności w Europie Wschodniej w Synology.
Raport „Inwestycje IT w kierunku rozwoju polskich firm w latach 2021–2022”, opracowany przez Computerworld na zlecenie Polcomu i Intela pod patronatem NCBiR, pokazuje, że aż 93 proc. dużych polskich przedsiębiorstw podejmuje działania w obszarze cyfrowej transformacji, a ważnym jej elementem są rozwiązania chmurowe. Zdaniem 67 proc. ankietowanych firm chmura obliczeniowa będzie głównym motorem zmian technologicznych w ich organizacji, a 43 proc. uważa, że wyniesienie do chmury aplikacji biznesowych poprawi efektywność kosztową firmy.
Tegoroczny raport „Chmura i cyberbezpieczeństwo wśród średnich i dużych firm oraz w sektorze GovTech w Polsce” pokazuje z kolei, że ponad 2/3 polskich firm już teraz korzysta z rozwiązań chmurowych (przechowując w niej średnio 37 proc. swoich zasobów), a około 1/3 jest w trakcie ich wdrażania. W gronie największych przedsiębiorstw, zatrudniających powyżej 250 pracowników, odsetek tych, które korzystają z cloud computingu, sięga już 90 proc. Dziś coraz trudniej jest znaleźć dużą firmę, która z chmury nie korzysta wcale – choćby w najprostszej postaci i jedynie w ograniczonym stopniu. Ta grupa przedsiębiorstw częściej stawia na chmurę hybrydową (23 proc. versus 8 proc. ogółu polskich firm).
– W przypadku tej technologii ważna jest skuteczność zarówno podczas standardowego działania, jak i w przypadku zakłóceń i bezpośrednio po ich wystąpieniu. Istotne jest, aby rozwiązanie wybrane przez klienta dawało satysfakcjonujące odpowiedzi na pytania o możliwy czas funkcjonowania przedsiębiorstwa bez dostępu do danych i oczekiwany czas odzyskania tych danych – mówi ekspert z Synology.
Chmura jest jednym z popularnych sposobów tworzenia kopii zapasowych – wiele firm wykorzystuje backup w chmurze, tym bardziej że jest to nie tylko proste w obsłudze, lecz także elastyczne rozwiązanie, bo firmy mają możliwość rozbudowywania przestrzeni dyskowych. Zaletą chmury publicznej jest niższa cena, dostęp do danych bez względu na miejsce, ale tu z kolei jest wiele obaw dotyczących ich bezpieczeństwa. Dlatego dostawcy rozwiązań cloud computingu oferują serwery, które zapewniają zdalny dostęp, udostępnianie plików i synchronizację danych w środowisku chmury prywatnej, postrzeganej jako bardziej bezpieczna.
Przykładem może być prowadzenie strony internetowej, uruchomionej w chmurze publicznej, ale z kopią zapasową w prywatnej, co daje możliwości odzyskania danych w przypadku cyberataku, ale też możliwość testowania nowych funkcjonalności witryny w zamkniętym środowisku.
Opublikowany w 2020 roku „Barometr cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych” firmy doradczej KPMG pokazał, że usługi chmurowe najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa w Polsce to witryny internetowe (73 proc.), poczta elektroniczna (72 proc.) oraz usługi przestrzeni dyskowej (62 proc.). W dużo mniejszym zakresie firmy korzystały wówczas z systemów ERP (18 proc.) czy CRM w chmurze (15 proc.). Blisko 2/3 polskich przedsiębiorstw oceniło, że usługi chmurowe pozytywnie wpływają na ciągłość działania procesów biznesów w ich organizacji.
Badanie KPMG pokazało też, że wśród firm korzystających z chmury prawie 40 proc. przetwarzało dane dwutorowo – zarówno w lokalnym centrum przetwarzania danych, jak i w chmurze. Tylko 5 proc. zadeklarowało, że korzysta praktycznie wyłącznie z usług chmurowych.
– Obserwujemy na rynku duży wybór dostawców rozwiązań z zakresu przechowywania danych na serwerach lokalnych, jak dostawców usług w chmurze. I naszym zdaniem w nadchodzących latach klienci będą wybierać rozwiązania z jednego źródła, tzn. połączenie rozwiązań od dostawców, którzy mogą zaoferować zarówno przechowywanie danych w chmurze, jak i na serwerach lokalnych w formie hybrydowej technologii magazynowania danych – ocenia dyrektor ds. rozwoju działalności w Europie Wschodniej w Synology.
Jak podkreśla, takie rozwiązanie ma wiele korzyści – zapewnia dużo lepsze wsparcie w przypadku zakłóceń lub awarii i pomaga obniżyć koszty. To istotne o tyle, że – jak prognozuje ekspert – w obecnym, niestabilnym otoczeniu rynkowym przedsiębiorstwa będą przykładać dużą wagę do tzw. TCO (Total Cost of Ownership), czyli całkowitych kosztów posiadania infrastruktury IT. Będą również bardziej otwarte na wypróbowanie rozwiązań od nowych dostawców, którzy podbijają segment konsumencki i MŚP, a teraz próbują powtórzyć sukces na rynku korporacyjnym.
– Klienci będą wykazywać większe niż do tej pory zainteresowanie rozwiązaniami kompletnymi od jednego dostawcy ze względu na niższe koszty – mówi Igor Cejkovský. – Wsparcie dostawców technologii jest bardzo istotne nie tylko podczas działania samego rozwiązania, ale i przed jego wprowadzeniem. Dzięki temu można wybrać odpowiednie rozwiązanie i zoptymalizować jego koszty. Natomiast w przypadku awarii wsparcie dostawcy ma kluczowe znaczenie, ponieważ przywrócenie danych musi nastąpić jak najszybciej, aby przedsiębiorstwo mogło kontynuować swoją działalność.
To właśnie bezpieczeństwo danych jest czynnikiem warunkującym inwestycje w rozwiązania IT. Firmy szukają więc takich rozwiązań, które będą bezawaryjne i odporne na cyberataki w postaci ransomware czy malware.
– Dostępne na rynku rozwiązania są wyposażone w dodatkowe funkcje, które np. pomogą administratorowi zastosować odpowiednie środki bezpieczeństwa. Sami dostawcy też mogą pomóc w zapobieganiu takim incydentom, np. dzięki członkostwu w organizacjach zajmujących się poprawą standardów bezpieczeństwa – mówi ekspert Synology.
Automatyzacja coraz śmielej wkracza do polskich firm. Sytuacja gospodarcza może ten proces przyspieszyć
Zmienne otoczenie gospodarcze powoduje, że polskie firmy szukają możliwości optymalizowania kosztów. Część z nich upatruje takiej szansy w automatyzacji procesów, która pozwala odciążyć pracowników i poprawić ich wydajność, a przy tym zaoszczędzić czas i pieniądze. Wdrożenie robota jest możliwe już w ciągu kilkunastu dni i od razu przekłada się na pracę firmy. – U jednego z klientów po wprowadzeniu i uruchomieniu robota czynności, które wcześniej wykonywał codziennie przez 2,5 godziny, zostały skrócone do zaledwie 15 minut – mówi Joanna Porębska-Matysiak z SAIO, spółki z Grupy ING, która udostępnia swoim klientom platformę do automatyzacji procesów biznesowych.
– Ostatnich kilka lat – czyli pandemia, niepewne otoczenie gospodarcze, zerwane łańcuchy dostaw, rosnące koszty produkcji i trudności w poszukiwaniu pracowników – sprawiły, że firmy coraz bardziej skłaniają się ku automatyzacji procesów biznesowych. Poszukują redukcji kosztów i rozwiązań, które pozwolą na ulepszenie jakości obsługi klienta, a przy tym uniknięcie błędów ludzkich. Robotyzacja może w tym wszystkim pomóc i w krótkim czasie wykazać efekty, które są mierzalne i odpowiadają na te obecne oczekiwania firm – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Porębska-Matysiak, wiceprezes SAIO.
Jak pokazało wrześniowe badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego, w ostatni kwartał 2022 roku polskie firmy weszły w niezbyt dobrych nastrojach. Utrzymujące się od ponad trzech miesięcy negatywne trendy w bieżącej sprzedaży i malejącym popycie przekładają się na słabnącą płynność finansową w przedsiębiorstwach, co w połączeniu ze wzrostem kosztów funkcjonowania skłania wiele z nich do szukania rozwiązań mających na celu optymalizację kosztów.
Konieczność zmierzenia się z rynkowymi trudnościami stanowi też bodziec do implementacji nowych technologii. Dlatego, jak podaje firma doradcza KPMG, już w czasie pandemii COVID-19 wiele polskich firm postawiło na RPA (Robotic Process Automation). Ta technologia pozwala zautomatyzować powtarzalne zadania (np. przenoszenie danych między aplikacjami) poprzez naśladowanie sposobu pracy człowieka.
– Badania pokazują, że pracownicy poświęcają statystycznie ok. 60 proc. swojego czasu czynnościom, które mogłyby zostać zautomatyzowane. Tylko 40 proc. tego czasu przeznaczają na analizy, podejmowanie decyzji, myślenie o strategii czy inne czynności kreatywne. To pokazuje, jak szeroki potencjał wdrożenia i poprawy efektywności ma automatyzacja – mówi wiceprezes SAIO.
Efektem wdrożenia RPA w firmie jest poprawa wydajności pracowników, ale lista korzyści jest o wiele dłuższa. Automatyzacja przekłada się również na lepsze wyniki biznesowe i skalowalność procesów, ograniczenie kosztów i zmniejszenie ryzyka ludzkich błędów. Nie dziwi więc, że jeszcze przed pandemią COVID-19 RPA było jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu IT. Jej zasięg stale rośnie i według prognoz Gartnera do końca tego roku RPA będzie wykorzystywane już w ok. 90 proc. największych organizacji, a do 2024 roku portfolio robotów RPA zostanie potrojone.
Badania przeprowadzane przed pandemią i w jej trakcie potwierdzają pozytywny wpływ tej technologii na firmy, które ją wdrożyły. Według danych, które przytacza KPMG, w Polsce prawie 60 proc. z nich zadeklarowało, że zawdzięcza jej zachowanie ciągłości biznesu w czasie restrykcji związanych z COVID-19, a prawie połowa – wzrost przetwarzanych zamówień. Po uwolnieniu pracowników od konieczności wykonywania żmudnych, powtarzalnych czynności firmy dostrzegły też pozytywne zmiany w relacjach i kulturze organizacyjnej. 86 proc. z nich zauważyło wzrost efektywności pracowników, 57 proc. – wzrost zaangażowania w pracę, a taki sam odsetek – poprawę sposobu obsługi klientów.
– W ING Banku Śląskim zajmujemy się robotyzacją od wielu lat. Wprowadziliśmy ją, żeby móc odpowiadać na rosnące wolumeny i liczbę transakcji, chcieliśmy zautomatyzować czynności wykonywane przez pracowników – mówi dyrektor ds. rozwoju biznesu w banku.
Jak wskazuje, działające w ING roboty wspierają m.in. procesy w obszarze operacji bankowych, finansów i ryzyka. Na podstawie własnych doświadczeń w robotyzacji bank od ponad roku udostępnia swoim klientom SAIO – platformę do automatyzacji ich wewnętrznych procesów biznesowych.
– W pierwszej kolejności zaproponowaliśmy naszym klientom automatyzację w obszarze finansów i księgowości. Przykładem może być tu proces ustalania pozycji gotówkowej firmy czy cash flow forecastingu. U jednego z klientów, u którego dokonaliśmy takiej automatyzacji, okazało się, że czynności, które wcześniej wykonywał codziennie przez 2,5 godziny, zostały skrócone do zaledwie 15 minut – mówi Joanna Porębska-Matysiak.
SAIO to autorskie rozwiązanie ING Banku Śląskiego. Grupa Everest, firma badawcza w obszarze usług IT, biznesowych i inżynieryjnych, która co roku publikuje zestawienie czołowych dostawców technologii robotycznych na świecie, w tym roku umieściła w nim także rozwiązanie banku i znalazło się ono na liście 23 wiodących dostawców technologii RPA ocenianych w ramach badania PEAK Matrix. SAIO integruje technologie sztucznej inteligencji i robotyzacji, umożliwiając optymalizację i automatyzację firmowych procesów. Sprawdza się w wielu branżach i obszarach działalności: od finansów i księgowości, przez sprzedaż, HR, po procesy zakupowe oraz obsługę klienta i IT.
– Wdrożyliśmy już SAIO u klientów z różnych branż: stalowej, budowlanej, automotive, e-commerce i wielu innych – wymienia wiceprezes SAIO.
Z pomocą SAIO można wdrożyć w firmie robota nawet w ciągu dwóch–trzech tygodni i od razu czerpać korzyści z jego „pracy”. Dlatego z tego rozwiązania korzysta już stale rosnąca grupa przedsiębiorstw, nie tylko w Polsce, ale i za granicą.
– Oferujemy SAIO zarówno klientom z Grupy ING, jak i firmom, które nie są naszymi klientami bankowymi, ale chciałyby skorzystać z naszego doświadczenia w obszarze robotyzacji. W tym celu nawiązujemy też współpracę z partnerami technologicznymi i wdrożeniowymi – mówi Joanna Porębska-Matysiak.
W ramach oferty beyond banking ING Bank Śląski zapewnia bezpłatny przegląd procesów, wdrożenie automatyzacji i szkolenia z zakresu obsługi robotów.. Finalnym produktem jest robot, który automatycznie realizuje procesy zlecone przez firmę.
– SAIO powstało w banku, dlatego jest technologią sprawdzoną pod kątem bezpieczeństwa, a przy tym gwarantuje szybkie i mierzalne efekty, łatwość wdrożenia robotów i dostępność tej technologii dla każdej firmy i każdego obszaru biznesowego – podkreśla Joanna Porębska-Matysiak. – SAIO może też pochwalić się wyróżnieniem Red Dot w kategorii Brands & Communication Design. To jest najbardziej prestiżowy, największy ogólnoświatowy konkurs projektowy. Nagroda w tym konkursie często nazywana jest Oscarem designu i potwierdza międzynarodową klasę i jakość projektu. W tym roku to właśnie SAIO otrzymało to wyróżnienie za projekt brandingowy przygotowany przez gdańskie TOFU Studio dla ING Banku Śląskiego.
Przekazywanie danych równie ważne dla medycyny jak dawstwo krwi czy narządów. Polacy budują globalną platformę do wymiany takich informacji
Dzięki tworzonej przez polski start-up platformie osoby, które chcą dla dobra medycyny podzielić się informacjami o swoim zdrowiu, będą mogły to zrobić w bezpieczny sposób. Dane przekazywane przez dawców będą anonimizowane i szyfrowane. Dzięki nim instytuty i ośrodki kliniczne na całym świecie zyskają bazę, na której będzie można m.in. tworzyć algorytmy diagnostyczne czy oceniać skuteczność projektowanych dopiero terapii.
– Data Lake to globalny system dawstwa danych medycznych, taki jak system dawstwa krwi. Każdy pacjent w świadomy sposób może zgodzić się na wykorzystanie swoich danych medycznych na cele badawczo-rozwojowe, zachować nad nimi pełną kontrolę i zostać za to wynagrodzonym. Z drugiej strony to jest pierwszy tego rodzaju system, który pozwala odbiorcom danych, czyli naukowcom z całego świata, w sposób zgodny z prawem, transparentny i demokratyczny mieć dostęp do danych medycznych, których potrzebują do badań nad nowymi formami terapii i diagnostyki – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Sierocki, prezes i współzałożyciel Data Lake.
Rozwiązanie tworzone przez Polaków jest międzynarodową bazą danych medycznych. Pacjenci, którzy chcą przekazać informacje o swoich chorobach i leczeniu, udzielają odpowiednich zgód. Może to zrobić każda osoba pełnoletnia, niezależnie od tego, czy jest zdrowa, czy chora i z jakimi chorobami ewentualnie się zmaga lub jakie leki przyjmuje. Jak podkreśla Wojciech Sierocki, nie ma tu żadnych kryteriów wyłączających przekazanie danych. Na podstawie oświadczeń woli pacjentów szpitale i placówki ochrony zdrowia proszone są o przekazanie danych. Po ich skompletowaniu i zanonimizowaniu Data Lake przekazuje je ośrodkom badawczym.
– Współczesna medycyna to jest medycyna oparta na faktach, medycyna oparta na danych, gdzie w coraz większym zakresie korzystamy z algorytmów sztucznej inteligencji. W zasadzie rozwój każdej technologii medycznej, z której obecnie korzystają profesjonaliści ochrony zdrowia, oparty jest o dane. To dane pozwoliły nam historycznie zwalczyć taką chorobę jak sepsa i to dane będą kluczem do tego, żeby zaadresować wiele wyzwań, przed którymi stoi współczesny system ochrony zdrowia – podkreśla prezes i współzałożyciel Data Lake.
Jak zauważa, dziś główną barierą w szerokim wykorzystaniu danych medycznych jest brak zaufania. Tym, co może niepokoić osoby zastanawiające się nad przystąpieniem do programu, może być kwestia bezpieczeństwa danych. Jak informują twórcy platformy, jest ono zapewnione przez najnowsze technologie kryptograficzne.
– Kluczowa dla rozwoju tego systemu jest technologia blockchain. Pozwala ona zbudować zaufanie między różnymi uczestnikami systemu i w transparentny sposób śledzić wszystkie operacje, które mają miejsce nie tylko na zgodach pacjenta, ale również na samych danych medycznych – uważa ekspert.
Każda operacja związana z danymi jest w systemie szyfrowana i zapisywana w trwały sposób. Przed przekazaniem informacji dalej usuwane są z nich wszelkie dane osobowe, które mogłyby posłużyć do identyfikacji dawcy. Uczestnicy programu otrzymują też token Dawcy Danych – $LAKE, który można wykorzystywać m.in. w głosowaniu nad sprawami związanymi z rozwojem inicjatywy.
– Wyzwaniem, przed którym stoimy obecnie jako społeczeństwo, jest z jednej strony ogromna i coraz bardziej niezaspokojona potrzeba dostępu do danych na potrzeby rozwoju medycyny, a z drugiej strony ochrona prywatności pacjenta. Naszym zdaniem jedynym legalnym, transparentnym i etycznym sposobem do tego, żeby uzyskać dostęp do danych po to, żeby rozwijać nowe technologie, jest idea dawstwa – każdy z nas świadomie godzi się, żeby nasze dane były wykorzystywane dla dobra całego społeczeństwa, ale też dla dobra każdego z nas jako pacjenta, który na koniec dnia ma nadzieję, że będzie leczony bardziej efektywnie, zgodnie z medycyną opartą na danych, zgodnie z tym, co dla niego najlepsze – uważa Wojciech Sierocki.
W ostatnich tygodniach założyciele Data Lake wraz z Fundacją Podaruj Dane prowadzili kampanię w kilku placówkach ochrony zdrowia w Polsce, promując ideę dawstwa danych. System uzyskał już pierwsze zgody i zaczęły do niego spływać dane pacjentów. Jak podkreślają inicjatorzy kampanii, reakcja ludzi wskazuje na to, że są chętni do przekazywania swoich danych medycznych do celów naukowych. W kolejnych etapach pilotażu Data Lake skupi się na powiększaniu sieci placówek medycznych współpracujących z platformą. Twórcy start-upu liczą, że w przyszłości możliwe będzie wyjście także na szeroki rynek europejski. Prowadzą już rozmowy z przedstawicielami Komisji Europejskiej na temat budowanego systemu i prawnych aspektów przekazywania danych medycznych.
Według Grand View Research rynek analityki danych medycznych w 2021 roku osiągnął obroty ponad 29 mld dol. Do 2030 roku wycena osiągnie pułap niemal 168 mld dol. O możliwościach, na jakie pozwala dawstwo danych, przedstawiciel Data Lake opowiadał podczas jednego z Thursday Gathering, cyklicznych imprez dla społeczności innowatorów. Odbywają się one w każdy czwartek w warszawskim Varso z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw.

