poniedziałek, 16 marca, 2026
No menu items!

Portal 40 Stopni.pl

ARP: Polska gospodarka jest przygotowana na czwartą falę pandemii. Duży udział mają w tym polskie firmy

– Jeśli jesienią pojawi się czwarta fala pandemii, być może będzie pewne spowolnienie, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu. Stabilność polskiej gospodarki potwierdza agencja ratingowa Fitch, która pod koniec sierpnia podwyższyła prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021 roku, jednocześnie utrzymując długoterminowy rating A- z perspektywą stabilną. To oznacza wysoki poziom odporności na koronakryzys, do czego przyczyniły się m.in. ponad 312 mld zł, jakie trafiły do polskich firm w ramach tarcz antykryzysowych. Niebagatelną rolę w wychodzeniu z kryzysu odegrały też spółki Skarbu Państwa.

– W II kwartale nastąpiło bardzo szybkie odbicie gospodarcze, mamy PKB 10,9 proc., co jest niespotykane w naszej historii. I to jest związane z inwestycjami. Spółki Skarbu Państwa nie tylko zwiększyły swoje przychody, ale nastąpiła też pewna zmiana myślenia, że ta poduszka finansowa, którą uzyskały w zeszłym roku, zabezpieczyła pewną mądrość decyzji. I te decyzje miały miejsce w tym roku, prawdopodobnie będą też następować w kolejnych kwartałach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezariusz Lesisz.

W II kwartale br. nastąpiło rekordowe odbicie polskiego PKB. Jak podał GUS, krajowa gospodarka wzrosła o 1,9 proc. w ujęciu kwartalnym i aż o 10,9 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej. Choć to w dużej mierze zasługa niskiej, ubiegłorocznej bazy – pierwszego pandemicznego kwartału – dalsze prognozy są optymistyczne. 27 sierpnia agencja ratingowa Fitch poinformowała też o utrzymaniu długoterminowego ratingu Polski w walucie obcej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Według agencji odzwierciedla ona odporność polskiej gospodarki na szok spowodowany pandemią koronawirusa. Jednocześnie Fitch podwyższył też swoje prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021, 4,5 proc. w 2022 oraz 3,8 proc. w 2023 roku.

Według Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na walkę z pandemią tylko do lutego br. rząd przeznaczył już ponad 312 mld zł w ramach tarcz antykryzysowych – czyli pakietu instrumentów pomocowych dla pracowników i pracodawców. Ponad 182 mld zł trafiło na ratowanie miejsc pracy, dzięki czemu zabezpieczono ich ok. 6 mln. Duża w tym zasługa krajowych firm, które w trakcie koronakryzysu skorzystały z rządowych tarcz i walczyły o utrzymanie zatrudnienia.

– Bezpieczeństwo to jest po prostu utrzymanie miejsc pracy, natomiast dla przedsiębiorcy bezpieczeństwo oznacza możliwość utrzymania płynności finansowej. Pandemia rozpoczynała się w marcu i nikt dokładnie nie wiedział, kiedy się zakończy. Udostępnienie funduszy z Grupy PFR pomogło utrzymać tę płynność i zatrudnienie. Decyzje rządu były słuszne i bardzo szybkie – podkreśla prezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Według niego obecnie największym zagrożeniem dla krajowej gospodarki jest czwarta fala pandemii COVID-19 i związane z nią ryzyko kolejnego lockdownu. Rząd nakreślił już scenariusze awaryjne na wypadek skokowego wzrostu zakażeń na przełomie września i października, po powrocie uczniów do szkół. Według przewidywań resortu zdrowia w czarnym scenariuszu dzienna liczba zachorowań w Polsce może sięgnąć nawet ok. 15 tys. Z medialnych doniesień wynika, że wśród obostrzeń planowanych przez rząd jest m.in. zakaz zgromadzeń i zakaz organizacji imprez towarzyskich.

– Decyzje Ministerstwa Zdrowia i Kancelarii Premiera są adekwatne do sytuacji. Niewątpliwie powinien być większy udział zaszczepionych i być może pewne zawody powinny być szczepione obowiązkowo, natomiast w kontekście przemysłu i gospodarki – myślę, że nie będzie już takiego lockdownu i zapaści, jaka miała miejsce wiosną ubiegłego roku. Być może będzie pewne spowolnienie, gdyby pojawiła się czwarta fala, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz.

Agencja Rozwoju Przemysłu, w ramach jednej z tarcz antykryzysowych, dysponuje budżetem 1,7 mld zł na wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw dotkniętych skutkami pandemii. Mogą się one ubiegać m.in. o finansowanie dłużne na komercyjnych warunkach. Tylko w I kwartale tego roku ARP udzieliła polskim przedsiębiorstwom finansowania o łącznej wartości ponad 45 mln zł.

– W dalszym ciągu mamy fundusze, które są do dyspozycji. Do tej pory złożono ponad 510 wniosków o wsparcie, na kwotę ok. 1,2 mld zł. Tak więc do dyspozycji jest jeszcze ok. 500 mln zł. Mamy instrumenty takie jak pożyczki na kapitał obrotowy, które nadal są oferowane przedsiębiorcom. Ich zaletą jest spłata odroczona o 12 do 15 miesięcy, dzięki czemu przedsiębiorca nie musi się martwić, że już następnego miesiąca po zaciągnięciu pożyczki musi spłacać ten kapitał – mówi prezes ARP.

O roli polskiego kapitału podczas pandemii COVID-19 eksperci debatowali podczas ubiegłotygodniowego Forum Wizja Rozwoju w Gdyni, pod patronatem premiera Mateusza Morawieckiego. W tym roku odbyła się już IV edycja tego wydarzenia, w trakcie którego ekonomiści, naukowcy, przedsiębiorcy i przedstawiciele rządu rozmawiają o najistotniejszych wyzwaniach dla krajowej gospodarki. Forum Wizja Rozwoju to zarazem jedno z największych wydarzeń gospodarczych w północnej Polsce.

W Polsce brakuje 10 tys. nauczycieli. ZNP chce zmian w wynagrodzeniach

Ponad 10 tys. wolnych miejsc pracy dla nauczycieli to bilans kryzysu kadrowego w polskiej oświacie. Powodem jest nie tylko wysokość wynagrodzeń, ale też polityka edukacyjna, która wprowadza zamieszanie i powoduje, że praca nauczyciela obarczona jest dużą niepewnością. – Coraz więcej osób, które mają możliwość podjęcia lepiej płatnej i spokojniejszej pracy, rezygnuje z zatrudnienia w szkole – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. We wrześniu ruszy akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy dotyczącym powiązania płacy nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem.

Braki kadrowe w szkołach widać najbardziej w dużych miastach, gdzie rynek pracy jest stale zasilany nowymi ofertami pracy i istnieje najwięcej alternatyw dla zatrudnienia w szkole. Brakuje zarówno wychowawców przedszkolnych, nauczycieli nauczania początkowego, jak i określonych przedmiotów, np.: języka polskiego, matematyki, przyrody, przedmiotów zawodowych oraz historyków czy chemików.

– Oczywiście największe braki występują w Warszawie i sięgają prawie 3 tys. nauczycieli. Ale biorąc pod uwagę proporcję liczby szkół i nauczycieli, wcale nie wygląda to lepiej np. na Podlasiu, gdzie brakuje ponad 500 nauczycieli. Największe problemy są tam, gdzie jest alternatywa dla szkoły i nauczyciel może znaleźć spokojniejszą pracę, mniejsze tam, gdzie szkoła jest czasami jedynym zakładem pracy i tej alternatywy nie ma – uściśla Sławomir Broniarz.

Jak podkreśla, powodem są nie tylko warunki płacowe – nauczyciel z wykształceniem magisterskim i z przygotowaniem pedagogicznym rozpoczynający pracę 1 września otrzyma wynagrodzenie brutto mniejsze niż płaca minimalna.

– Jest wiele przedmiotów, które są nauczane w jednej godzinie tygodniowo i brak nauczyciela może spowodować, że dzieci przez dwa, trzy, cztery tygodnie nie będą miały zajęć z danego przedmiotu. Sytuacja jest naprawdę bardzo skomplikowana i obecnie wydaje mi się niemożliwa do rozwiązania. Oczywiście można stosować półśrodki, dyrektorzy na pewno je stosowali, i przydzielać nauczycielom półtora etatu, ale to nie rozwiąże problemu, bo nauczyciel nie może pracować wydajnie przez 27–29 godzin dydaktycznych każdego tygodnia – zauważa prezes ZNP.

I dodaje, że nauczyciel po 20 latach pracy, mający najwyższy stopień awansu zawodowego, zarabia około 4,9 tys. zł brutto miesięcznie, więc coraz więcej osób, które mają możliwość znalezienia sobie lepiej płatnej i spokojniejszej pracy, taką decyzję podejmuje.

– Mówiąc o spokojniejszej pracy, mam na myśli to, co dzieje się w ogóle w polityce edukacyjnej. Ten ogromny chaos i zamieszanie. Nauczyciele nie skupiają się na najbardziej istotnych problemach, ale zajmują się rzeczami, które w gruncie rzeczy są raczej marginalne, ale które niestety polaryzują środowisko i dzielą Polaków, np. kwestią nauczania religii czy przygotowania do życia w rodzinie. To nie są tematy wiodące w polskiej edukacji. One są wywoływane przez ministra chyba tylko po to, żeby pan minister miał okazję brylować w mediach – mówi Sławomir Broniarz.

Jego zdaniem szkoła jest przedmiotem ustawicznej walki ministra z nauczycielami oraz oddziaływania politycznego, czasami wręcz propagandowego.

– To naprawdę nie sprzyja stabilności, nie sprzyja spokojowi pracy w naszym zawodzie – kwituje.

Po pierwszym września rozpocznie się zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy dotyczącym powiązania płacy nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem. Celem zmian w prawie jest zrównanie wynagrodzenia miesięcznego nauczyciela dyplomowanego z przeciętnym wynagrodzeniem w kraju.

– Nauczyciele to jest grupa o najwyższym poziomie kwalifikacji zawodowych i nie można tego środowiska wpychać w kolejny etap pauperyzacji, nie można mu proponować jako punktu odniesienia płacy minimalnej, bo to jest po prostu niegodziwe wobec ludzi, wobec których mamy ogromne wymagania, od których oczekujemy maksymalnie dużego wysiłku i efektów pracy. I te efekty pracy są, co widać po badaniach międzynarodowych, a my im oferujemy płacę minimalną lub wynagrodzenie poniżej płacy minimalnej – wyjaśnia prezes ZNP.

Związek Nauczycielstwa Polskiego stoi na stanowisku, że inwestowanie w edukację i dobrych nauczycieli oraz unikanie problemów kadrowych w oświacie musi się zacząć od zmian w systemie wynagradzania nauczycieli.

Afganistan na skraju katastrofy humanitarnej i gospodarczej. Kontrolę nad sytuacją mogą przejąć Chiny

Chińczycy są dziś w Afganistanie ze swoimi formami aktywności nie tylko wobec talibów. Obstawiam, że są aktywni również w opozycji antytalibańskiej, bo to naturalne, że chcą mieć pełny wachlarz możliwości – mówi dr Jacek Raubo, ekspert ds. bezpieczeństwa i obronności. Jak podkreśla, Afganistan jest państwem, w którym ścierają się interesy kilku mocarstw i państw regionalnych, dlatego rozwój sytuacji w tym regionie jest trudny do przewidzenia. Jednak wielu ekspertów to właśnie Chiny wskazuje dziś jako gracza, który ma potencjał, aby samodzielnie przejąć kontrolę nad sytuacją w Afganistanie.

Jako społeczność międzynarodowa myśmy sobie trochę uprościli sprawę w sposób, który dał nam niestety element bolesnej lekcji. Widzieliśmy Amerykanów, NATO, widzieliśmy złych talibów i walkę z terroryzmem. Kiedy zabrakło czynnika amerykańskiego czy natowskiego, upada państwo, które było tworzone przez ostatnich 20 lat. I dopiero dostrzegamy, jak kruchy i wielopłaszczyznowy jest ten konglomerat relacji w Afganistanie – mówi dr Jacek Raubo, ekspert Defence24.

Po prawie 20 latach obecności wojskowej w Afganistanie, na przełomie lipca i sierpnia, USA zaczęły wycofywać swoich żołnierzy (według zapowiedzi Joe Bidena ten proces miał się oficjalnie zakończyć 31 sierpnia). W efekcie talibowie, którzy wcześniej sukcesywnie przejmowali kolejne prowincje i miasta, 16 sierpnia zajęli stolicę Kabul i ogłosili swoje zwycięstwo. Wspierany przez USA rząd Afganistanu upadł, a prezydent Aszraf Ghani uciekł za granicę. Z pogrążonego w chaosie kraju usiłowały uciec setki tysięcy ludzi, część z nich została ewakuowana przez społeczność międzynarodową. W ubiegłym tygodniu kolejne kraje Niemcy, Finlandia i Hiszpania poinformowały o zakończeniu procesu ewakuacji z Afganistanu swoich dyplomatów, obywateli, żołnierzy oraz współpracujących z nimi Afgańczyków. Francja i Wielka Brytania wciąż kontynuują ten proces, a z lotniska w Kabulu odlatują ostatnie samoloty – pomimo czwartkowych zamachów Państwa Islamskiego, w którym zginęło ok. 170 osób, w tym 13 amerykańskich żołnierzy.

Komentatorzy oceniają, że Afganistan  kraj biedny, którego budżet był w ostatnich latach finansowany głównie przez organizacje międzynarodowe stoi aktualnie na skraju katastrofy humanitarnej i załamania gospodarczego, czego skutkiem będzie zaognienie konfliktu i potencjalna, kolejna fala terroryzmu. Sytuacja jest jednak trudna do przewidzenia, bo jak podkreśla dr Jacek Raubo Afganistan jest państwem, w którym ścierają się interesy kilku mocarstw i państw regionalnych.

– Afganistan był przestrzenią, gdzie ingerowało wiele państw. Pakistan lub być może pewna część pakistańskich elit wywiadowczych mówimy tu o ISI, czyli głównym organie wywiadowczym Pakistanu, silnie związanym z interesami polityczno-wojskowymi tego kraju miał i wciąż ma interes w Afganistanie. Ale to niejedyny aktor, jestem w stanie się założyć, że indyjski wywiad RAW też był i jest obecny na terytorium Afganistanu. Tam są też wielkie interesy Irańczyków, rosyjskie i amerykańskie służby i Chińczycy ze swoimi formami aktywności nie tylko wobec talibów. Obstawiam, że Chińczycy są dzisiaj aktywni również w opozycji antytalibańskiej, bo to naturalne, że chcą mieć pełny wachlarz możliwości działania – mówi prezes Fundacji Instytut Bezpieczeństwa.

Wielu ekspertów to właśnie Chiny wskazuje dziś jako gracza, który ma potencjał, aby samodzielnie przejąć kontrolę nad sytuacją w Afganistanie.

– Państwa takie jak Chiny, Pakistan, Iran czy Rosja mogą dzisiaj grać w Afganistanie bez zaangażowania dużych środków i bez utrzymywania olbrzymiego aparatu państwowego  czy nawet samego wojska i służb bezpieczeństwa  osiągając relatywnie podobne sukcesy narzędziami takimi jak służby specjalne czy niepopularne elementy, jak np. wykorzystanie radykałów czy organizacji terrorystycznych, przekupywanie lokalnych dowódców. Dużym tematem jest dziś też kwestia przestępczości zorganizowanej, np. sterowania kanałami przerzutu narkotyków – mówi dr Jacek Raubo.

Korzyścią z przejęcia kontroli nad sytuacją w Afganistanie byłaby dla Pekinu nie tylko eksploatacja zasobów czy kontrola nad ważnymi szlakami w Azji, ale także np. możliwość sterowania bezpieczeństwem  nie tylko w tym regionie  i wywierania presji na inne kraje, chociażby poprzez stymulowanie fal migrantów.

– Użycie presji migracyjnej jako jeden z elementów działań hybrydowych będzie się powtarzało. Po pierwsze dlatego, że to już zostało sprawdzone, to nie jest nowa rzecz. Na przykład Fidel Castro w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi też wykorzystał presję migracyjną i konstruował ją w taki sposób, aby w jak największym stopniu zaszkodzić nie tylko Amerykanom, ale i samym Kubańczykom, którzy uciekali z kraju. Wypuszczał np. osoby z zakładów karnych, które odsiadywały tam wyroki nie tylko za czyny polityczne, ale i sprawy karne, żeby podważyć potrzebę pomocy tym osobom, które trafiały do Stanów Zjednoczonych. To nie jest też nowa rzecz w Europie – mówi ekspert Defence24.

Według polskiego rządu podobna sytuacja ma w tej chwili miejsce na granicy z Białorusią, gdzie od kilkunastu dni koczują migranci. Strona polska uważa, że jest za nią odpowiedzialny reżim Łukaszenki, który próbuje w ten sposób zdestabilizować sytuację na granicy. „Mamy do czynienia z atakiem hybrydowym. W sposób systematyczny i zorganizowany nasz sąsiad ze Wschodu próbuje zdestabilizować sytuację polityczną. Przyciągani są imigranci, głównie z Iraku. Ci imigranci są transportowani na granicę białorusko-polską, od strony Białorusi” – oświadczył premier Mateusz Morawiecki, który odwiedził w ubiegłym tygodniu przejście graniczne w Kuźnicy.

– Presja migracyjna jest jednym z elementów działań hybrydowych. Z jednej strony mamy tam element wojskowy, chociażby Zapad  element służb specjalnych, całą otoczkę informacyjną i przestrzeń cyber, gdzie toczy się też walka o narrację. To nie jest tylko kwestia klasycznych mediów, ale też chociażby social mediów, Facebooka czy Twittera, gdzie próbuje się dzisiaj z taką zapalczywością nawigować pewnymi tendencjami, narracjami. Jeśli zbierzemy to w całość, mówimy rzeczywiście o działaniach hybrydowych. Ale w momencie, w którym mamy pewien obraz tu i teraz  bo mamy i rosyjsko-białoruskie czołgi, i białoruskich pograniczników, którzy wypychają ludzi przywiezionych na terytorium Białorusi w pewnym celu, to niestety tracimy trochę orientację w pojmowaniu tych działań hybrydowych – mówi dr Jacek Raubo.

Skuteczność działań PR będzie można dokładniej monitorować. Pomogą w tym nowe rozwiązania oparte na autorskim algorytmie

Prognozy dla branży PR, niezależnie od przedstawianych scenariuszy, zakładają rosnącą rolę technologii i baz danych. Jak wynika z raportu agencji Publicon, rozwój cyfrowych narzędzi sprawi, że coraz więcej procesów będzie automatyzowanych, co pozwoli m.in. lepiej personalizować treści. Technologie usprawniają także weryfikację kampanii PR-owych w czasie rzeczywistym. – Podczas codziennego monitoringu widać podsumowanie skuteczności poszczególnych działań i można szybciej podjąć decyzję o wprowadzeniu zmian w komunikacji – wyjaśnia Sylwia Dobkowska, kierownik działu PR i marketingu IMM.

Kształtowanie wizerunku marki, firmy, instytucji lub osoby na podstawie wcześniej opracowanej strategii to podstawa dobrze prowadzonej komunikacji. Równie ważny jest systematyczny monitoring mediów, który dodatkowo – oparty na konkretnie wyznaczonych celach określonych w czasie – zwiększa szanse na osiąganie najlepszych wyników w obszarze PR-u.

Monitorowanie efektów działań jest kluczowe, bo pozwala na bieżąco weryfikować naszą skuteczność i w zależności od wyników modyfikować strategię po to, aby osiągnąć pożądany cel. PR-owcy mierzą swoje efekty poprzez uzyskaną medialność, zainteresowanie odbiorców, a to wszystko finalnie sprowadza się do liczb: do liczby publikacji, zasięgu, czyli liczby potencjalnych kontaktów, do ekwiwalentu reklamowego wyrażonego w złotówkach czy do źródeł, czyli tytułów mediowych, w których z danym komunikatem chcemy zaistnieć – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Dobkowska.

To kluczowe wskaźniki, które pozwala mierzyć monitoring mediów. Do swojej oferty IMM dodało kolejną funkcjonalność, która pozwala wyznaczać konkretne cele liczbowe w monitorowanych kategoriach – w liczbie publikacji z podziałem na typ mediów, wielkość dotarcia, wartość ekwiwalentu reklamowego (AVE) i pojawianie się w istotnych dla danej organizacji tytułach mediowych. 

– Specjaliści do spraw komunikacji codziennie pracują na celach. Są one jednym z głównych elementów wcześniej wypracowanej strategii danego projektu czy kampanii. Bez konkretnych założeń trudno jest też osiągnąć pożądane efekty. Cele po prostu pomagają nadać konkretny kierunek komunikacji i zbudować spójny wizerunek marki, osoby, firmy czy instytucji. Odbiorca, widząc jasny przekaz z naszej strony, jest nam w stanie szybciej zaufać, polecić nas i przede wszystkim zapamiętać. To wszystko jest dużym wsparciem w procesach sprzedaży – wyjaśnia ekspertka IMM.

To darmowe narzędzie, które zlicza wskaźniki w czasie rzeczywistym. Służy do tego specjalny algorytm. Jak podkreśla Sylwia Dobkowska, to pierwsze tego typu narzędzie zliczające mediowe KPI (key performance indicators) na rynku.

Dane są prezentowane za pomocą specjalnych interaktywnych wykresów, które informują użytkownika, na jakim etapie w skali procentowej jest w danym momencie kampanii. Przy okazji codziennego monitoringu widzimy od razu podsumowanie naszej skuteczności danych działań i jesteśmy w stanie szybciej podjąć decyzję na temat ewentualnych koniecznych zmian w naszym planie komunikacji czy strategii – mówi.

Śledzenie wyników porównawczych, które prezentowane są w biuletynie w sposób automatyczny, pozwala dostosowywać komunikację do bieżącej sytuacji, a także do działań innych graczy na rynku.

– Takie same cele możemy wyznaczać również u konkurencji, jeśli ją monitorujemy, po to, aby na bieżąco porównywać wyniki i móc modyfikować swoją komunikację w taki sposób, aby stale budować przewagę wizerunkową w mediach – zaznacza ekspertka IMM.

Dzięki tego typu narzędziom praca PR-owców staje się także coraz bardziej wymierna. W kwietniu IMM wprowadził inny wskaźnik – indeks mocy – który pozwala zmierzyć w skali od 0 do 10 siłę, z jaką dany przekaz o marce, firmie lub zagadnieniu potencjalnie oddziałuje na odbiorcę. Z kolei kilka miesięcy wcześniej instytut jako jedyny wprowadził na rynek monitoringu mediów w Polsce darmową aplikację mobilną IMMapp, która pozwala zarządzać publikacjami nie tylko z portali internetowych, lecz także z social mediów, prasy, radia i telewizji.

Cyfrowe narzędzia zmieniają nie tylko monitorowanie skuteczności działań PR, lecz również samą pracę PR-owców. Jak wynika z raportu agencji Publicon, w kolejnych trzech dekadach automatyzacja branży będzie postępować, a jednym z głównych czynników oddziałujących na zmiany w tym sektorze będzie sztuczna inteligencja. Ponad 88 proc. badanych przedstawicieli polskiego PR-u wskazuje, że digitalizacja mediów i komunikacji to procesy nie do zatrzymania. W kolejnych latach analityka danych stanie się najbardziej pożądaną kompetencją na rynku, wyprzedzając m.in. kreatywność czy kompetencje miękkie.

Rekordowy rok pod względem inwestycji zagranicznych. Polska przyciąga coraz więcej projektów z perspektywicznych branż

Mimo pandemii koronawirusa i zawirowań gospodarczych inwestorzy zagraniczni chętnie lokują kapitał nad Wisłą. Polska Agencja Inwestycji i Handlu obsłużyła w ubiegłym roku 58 inwestycji o łącznej wartości ponad 2,7 mld euro oraz potencjale stworzenia 10 tys. nowych miejsc pracy. – Ten rok będzie dla nas rekordowy. Już w pierwszym półroczu poziom inwestycji zagranicznych w Polsce jest taki jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski, członek zarządu PAIH. Najwięcej projektów pochodzi z branży usług dla biznesu, ale wysoko są także tak perspektywiczne branże jak elektromobilność.

Znaczenie i pozycja Polski w światowych łańcuchach dostaw konsekwentnie rośnie. Jesteśmy pod tym względem coraz bardziej doceniani na arenie międzynarodowej. Od czasu transformacji ustrojowej, która otworzyła nas na współpracę z globalnym rynkiem, miało miejsce wiele istotnych wydarzeń, stanowiących impulsy do rozwoju. To m.in. wejście Polski do Unii Europejskiej czy organizacja Euro 2012 – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Słomkowski.

Te wydarzenia, ale także strumień pieniędzy z UE umożliwiły znaczącą rozbudowę infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniczej czy portowej, co jest kluczowe dla inwestorów zagranicznych. Według rankingu fDi Markets Polska jest trzecią najpopularniejszą lokalizacją dla bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie w 2020 roku, przyciągając projekty o łącznej wartości 17 mld euro, szczególnie w sektorach elektromobilności, odnawialnych źródeł energii i IT. Plasuje się zaraz za Wielką Brytanią i Niemcami oraz jest numerem jeden w regionie.

Jak podkreśla członek zarządu PAIH, Polska od lat jest stabilnym gospodarczo partnerem, który ma wiele do zaoferowania inwestorom z bardzo różnych branż: od strategicznej lokalizacji i dobrze przygotowanej infrastruktury dla zakładów przemysłowych, aż po wykwalifikowane kadry i konkurencyjne koszty pracy dla inwestorów sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Partnerom spoza UE oferuje także dostęp do jednolitego rynku unijnego dzięki kulturowej i geograficznej bliskości do Europy Zachodniej. Poza tym w przeciwieństwie do gospodarek sąsiednich państw nasza nie opiera się wyłącznie na jednej gałęzi przemysłu, co daje nam istotną przewagę – różnorodność.

Nasz kraj jest jednym z największych producentów w 10 z 13 sektorów kluczowych, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu chemicznego, artykułów konsumpcyjnych trwałego użytku, przemysłu spożywczego i rolniczego, a także modowego. Te kluczowe branże są w pierwszej piątce pod względem wielkości bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie – uściśla ekspert.

W ostatnich latach zmienił się w Polsce system zachęt dla inwestorów zagranicznych. Zwolnienia z podatku dochodowego w ramach Polskiej Strefy Inwestycji możliwe jest obecnie na terenie całego kraju, a nie tylko na gruntach należących do specjalnych stref ekonomicznych. Ponadto na początku tego roku zmienił się także program wspierania inwestycji o kluczowym znaczeniu dla Polski – nowe kryteria umożliwiają wsparcie także dla mniejszych firm.

Jeśli chodzi o granty inwestycyjne, ułatwiono proces aplikacyjny firmom innowacyjnym, na rozwoju których szczególnie nam zależy. W ramach regionalnej pomocy publicznej inwestorzy mogą również w wielu miejscach skorzystać ze zwolnienia z podatku od nieruchomości. Ci, którzy realizują projekty z zakresu badań i rozwoju, mogą liczyć na odliczenie podatkowe w wysokości nawet 250 proc. kosztów ponoszonych na ten cel i nie wpływa to negatywnie na zwolnienie podatkowe w ramach Polskiej Strefy Inwestycji. Dodatkowo przychody z praw własności intelektualnej mogą następnie opodatkować bardzo korzystną, 5-proc. stawką podatkową – wymienia Grzegorz Słomkowski.

Jak podkreśla, system zachęt się sprawdza, dzięki czemu inwestycji zagranicznych w Polsce przybywa. Widać to także w działalności Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Wśród 58 projektów obsłużonych przez agencję w ubiegłym roku są zarówno inwestycje produkcyjne, jak i z sektora nowoczesnych usług.

To są głównie duże inwestycje, które mają perspektywę wieloletnią, więc inwestorzy zagraniczni nie kierowali się wpływem COVID-u. Wynik ubiegłego roku – ponad 2,7 mld euro i ponad 10 tys. potencjalnie stworzonych miejsc pracy – był w zasadzie taki sam jak w poprzednim, niecovidowym roku – mówi członek zarządu PAIH.

Pandemia zmieniła jednak podejście do obsługi inwestycji. Duża część wizyt lokalizacyjnych odbywa się wciąż online. Wydarzenia promujące Polskę, jako dobre miejsce dla inwestycji, również zmieniły formę ze stacjonarnej na wirtualną. PAIH uruchomiła cykl webinariów skierowanych do najbardziej perspektywicznych branż.

– Mogę z całą pewnością powiedzieć, że ten rok będzie dla nas rekordowy, bo już w pierwszym półroczu osiągnęliśmy taki poziom inwestycji jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski.

Według danych PAIH do lipca tego roku zostało sfinalizowanych 48 projektów inwestycyjnych o wartości ponad 1,7 mld euro. W porównaniu do lipca 2020 roku oznacza to wzrost liczby projektów o 167 proc. Liczba zadeklarowanych miejsc pracy jest ponadtrzykrotnie wyższa – prawie 8,5 tys. wobec 2,5 tys. w lipcu 2020 roku. Agencja prowadzi 184 projekty, podczas gdy przed rokiem było ich 175 w analogicznym czasie. Najwięcej inwestycji pochodzi z Białorusi (39), co jest efektem programu „Poland. Business Harbour”, ale to koreańskie, amerykańskie i chińskie dominują pod względem wartości (odpowiednio 3,2 mld euro, 1,18 mld euro i 1,04 mld euro). Najpopularniejsze branże to usługi wsparcia biznesu (36 inwestycji), motoryzacja (20) i elektromobilność (17). Jak podkreślają przedstawiciele PAIH, lokowanie się w Polsce branż z dużym potencjałem na przyszłość (np. wspomniana elektromobilność) potwierdza wysoką atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju i dodatkowo stale ją zwiększa. Polska staje się bowiem hubem dla projektów z tej branży, przyciągając inwestycje z pokrewnych sektorów, a także dostawców i poddostawców dla danego sektora.

Port Gdynia mimo pandemii notuje dwucyfrowy wzrost przeładunku kontenerów. We wrześniu uruchomi jeden z najnowocześniejszych terminali pasażersko-promowych na Bałtyku

COVID-19 nie zahamował szybkiego rozwoju portu w Gdyni. Po siedmiu miesiącach tego roku odnotował on ponad 12-proc. wzrost ogółem i 14-proc. wzrost w przeładunku kontenerów, które są swoistym barometrem eksportu i koniunktury gospodarczej. Pandemia nie wstrzymała też inwestycji w gdyńskim porcie, w którym już 23 września zostanie oddany do użytku jeden z najnowocześniejszych terminali pasażersko-promowych na Bałtyku. Z kolei do jeszcze szybszego rozwoju przyczyni się przyjęta w końcówce lipca uchwała rządu, zgodnie z którą w Porcie Gdynia powstanie zaplecze do obsługi morskich farm wiatrowych.

– Pandemia wcale nie zagroziła wynikowi portu w Gdyni. Zdywersyfikowanie ładunków i połączenia krótkiego zasięgu pomogły portowi w ubiegłym roku osiągnąć wzrost o 2,9 proc. W obecnym widzimy, że te wyniki jeszcze się poprawiły. Dzisiaj to jest wzrost na poziomie 14 proc. na samych kontenerach, a patrząc na ładunki ogółem, to jest ponad 12 proc. Port Gdynia od zawsze miał w strategii zapisaną uniwersalność i to jest atut, który umożliwia nam utrzymywanie wzrostowego trendu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Sadaj, prezes Portu Morskiego w Gdyni.

Po siedmiu miesiącach tego roku Port Gdynia odnotował wzrost na poziomie 12,5 proc. Największy był zauważalny w grupach przeładunków: drewno (89,9 proc. r/r) oraz ropa i przetwory naftowe (78,6 proc. r/r). Tylko w lipcu wzrost w tych dwóch kategoriach wyniósł odpowiednio 402,3 proc. oraz 175,9 proc. Trend wzrostowy był widoczny także w przeładunku kontenerów w TEU (o 14 proc. r/r) oraz w liczbie jednostek, które zawinęły do Portu Gdynia. Od stycznia do końca lipca br. było ich 2432 – czyli o 13,7 proc. więcej w stosunku do porównywanego okresu rok wcześniej.

– Wszystkie symptomy dzisiaj wskazują na to, że będziemy w dalszym ciągu zwyżkować. Są grupy towarowe, które nadal rozwijają się bardzo dynamicznie i to są przede wszystkim kontenery. W ostatnim czasie mieliśmy też debiuty nowych połączeń oceanicznych – zarówno jeżeli chodzi o terminal BCT, jak i GCT. Jeden realizował połączenie oceaniczne i był to debiut z Ameryką Północną, z kolei na BCT pojawił się wielki statek oceaniczny w kierunku Indie–Pakistan – wymienia Jacek Sadaj.

Jak podkreśla, pandemia COVID-19 nie zastopowała też wartych w sumie 4 mld zł inwestycji, które są w tej chwili prowadzone w gdyńskim porcie.

– To są modernizacje, ale i duże inwestycje związane z pogłębieniami basenów wewnętrznych do rzędnej 16 metrów. To jest też inwestycja związana z dokończeniem budowy obrotnicy w porcie wewnętrznym oraz świetnie przebiegający projekt budowy ostatnich 18 ha placów manewrowo-składowych w porcie zachodnim. Z kolei 23 września kończymy budowę terminala promowego – i to jest inwestycja, dzięki której będziemy mieć jeden z najnowocześniejszych terminali pasażersko-promowych na Bałtyku – wylicza prezes Portu Morskiego w Gdyni.

Warta 292 mln zł (z czego blisko 117 mln zł to dofinansowanie UE) budowa Publicznego Terminalu Promowego to jedna z największych inwestycji realizowanych obecnie w Porcie Gdynia. Będą przy nim cumować promy realizujące połączenia Stena Line oraz Polferries Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Obecnie trwają już odbiory techniczne, a otwarcie nowego terminala jest planowane na 23 września br. Jest on dostosowany do obsługi promów o długości 240 m – czyli nawet o 1/3 dłuższych niż jednostki Stena Line, które cumują obecnie przy starym terminalu. Co ciekawe, inwestycja została zrealizowana zgodnie z ideą „Green Port”, stąd w nowym terminalu znalazło się m.in. przyłącze elektryczne dla promów, co będzie skutkować zeroemisyjnością podczas postoju w porcie.

Do jeszcze szybszego rozwoju gdyńskiego portu ma się przyczynić też uchwała przyjęta przez rząd w końcówce lipca br., która dotyczy budowy zaplecza portowego do obsługi morskich farm wiatrowych w Porcie Gdynia.

– Uchwała Rady Ministrów z 30 lipca br. definitywnie wskazała port w Gdyni jako miejsce, z którego mają być ekspediowane konstrukcje morskich farm wiatrowych. Mamy pełną świadomość, że jest to inwestycja, która będzie się rozwijać i rosnąć razem z Portem Gdynia. Bardzo cieszymy się też z deklaracji grupy Orlen, zgodnie z którą konstrukcje związane z farmami Orlenu będą związane właśnie z Gdynią – mówi Jacek Sadaj. – Wskazanie lokalizacji, z której będą wypływały konstrukcje offshore’owe, to również sygnał dla rynku, gdzie ma być realizowany tzw. local content, zatem dla firm z branży jest to sygnał, w której lokalizacji mają się rozwijać.

Branża gier mobilnych w Polsce jest już warta ponad miliard złotych. Polscy deweloperzy są jednymi z najbardziej rozchwytywanych na świecie

Wartość polskiego rynku gier na koniec ubiegłego roku wzrosła już do blisko 2,5 mld zł. Największy udział w tym wzroście miały gry mobilne, z których przychody przekroczyły 1 mld zł, rosnąc o 12 proc. r/r – wynika ze styczniowego raportu „Kondycja polskiej branży gier 2020”. Na całym świecie gry mobilne to najszybciej rosnący segment całego rynku, który odpowiada już za blisko połowę jego łącznych przychodów, a firmy z Polski coraz wyraźniej zaznaczają na nim swoją pozycję. Szybki wzrost rynku gier powoduje jednak, że na specjalistów gamedev jest w tej chwili ogromne zapotrzebowanie. Branża należy do najatrakcyjniejszych pod względem pracodawców, ale firmy muszą konkurować o talenty.

– Polska branża gier cały czas dynamicznie się rozwija. Według najnowszych badań Newzoo wartość rynkowa całej branży gier jest już wyceniana na 2,5 mld zł, co daje nam 20. miejsce na całym świecie. W Polsce gra już prawie 16 mln osób, a polskie studia deweloperskie zatrudniają już prawie 10 tys. pracowników – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Durczak, Program Manager w Huuuge Games.

Według Newzoo w ubiegłym roku globalny rynek gier wygenerował rekordowy wzrost o ponad 23 proc. i łączne przychody o wartości 177,8 mld dol. W tym roku prognozowany jest jednak niewielki spadek (o 1,1 proc., do 175,8 mld dol.), spowodowany głównie konsekwencjami pandemii COVID-19. Analitycy Newzoo przewidują, że dotknie on głównie segment komputerów PC i konsol. Z kolei gry mobilne wygenerują w tym roku przychody o wartości 90,7 mld dol., co będzie oznaczać wzrost o 4,4 proc. r/r. Ten segment to już ponad połowa globalnego rynku gier, na dodatek w najmniejszym stopniu został też dotknięty skutkami COVID-19.

– Branża gier mobilnych cały czas w Polsce będzie się dynamicznie rozwijać, tak jak zresztą na całym świecie. Ten rynek przewyższa już wartością rynek gier PC oraz konsol, osiągając w tym momencie 90 mld dol. Widać zmieniające się trendy, ludzie już nie tylko chcą być pasywnymi obserwatorami tego, co się dzieje na ekranie, chcą aktywnie tworzyć historię, grając w nasze gry – podkreśla Bartosz Durczak.

Prognozy Newzoo pokazują z kolei, że do końca tego roku na świecie będzie już 2,9 mld graczy, a cały rynek będzie nadal rósł, przekraczając wartość 200 mld dol. w 2023 roku.

– Cała branża gier jest unikatem na skalę światową. Wykorzystujemy najnowsze możliwości techniczne, żeby ludzie mogli grać oraz doświadczać coraz to nowych rzeczy w naszych grach. Dzięki temu są już np. gry wykorzystujące wirtualną rzeczywistość, ale w przyszłości możemy spodziewać się hologramów i prawdziwej wirtualnej rzeczywistości, w której będziemy w stanie się zatopić i oderwać od szarej rzeczywistości – mówi Program Manager w Huuuge Games.

Ze styczniowego raportu „Kondycja polskiej branży gier 2020” wynika, że kryzys związany z COVID-19 stał się szansą dla segmentu gier mobilnych, który już wcześniej był na fali wznoszącej. W tej chwili to już najszybciej rosnący segment całego rynku, który w ubiegłym roku wygenerował przychód rzędu 86,3 mld dol. (czyli 49 proc. globalnego przychodu całej branży gier – wzrost na poziomie 25,6 proc. r/r).

W Polsce wartość rynku gier na koniec ubiegłego roku wyniosła już blisko 2,5 mld zł (z 2,23 mld zł na koniec 2019 roku). Największy udział w tym wzroście miały właśnie gry mobilne, z których przychody przekroczyły 1 mld zł, rosnąc o 12 proc. r/r – wynika z raportu „Kondycja polskiej branży gier 2020”, opracowanego przez Krakowski Park Technologiczny.

– Polskę na tle innych państw wyróżniają przede wszystkim wybitni specjaliści, którzy pracują w naszych studiach deweloperskich. Według rankingu HackerRank znajdujemy się na trzecim miejscu na całym świecie, jeżeli chodzi o specjalizacje programistyczne, a nasi Java Developerzy są najlepsi na całym świecie – podkreśla Bartosz Durczak.

Na rodzimym rynku działa w tej chwili ok. 476 studiów deweloperskich, które każdego roku wydają łącznie ponad 200 tytułów. Wiele z nich to niewielkie zespoły, zajmujące się produkcją tytułów niskobudżetowych, ale w Polsce nie brakuje też większych firm – w tym takich, które rozmiarami i ambicjami konkurują z liderami światowego rynku.

Szybki wzrost rynku gier powoduje, że na specjalistów gamedev jest w tej chwili ogromne zapotrzebowanie. Branża należy do najatrakcyjniejszych pod względem pracodawców, ale działające w niej firmy muszą konkurować o talenty.

– Liczą się wynagrodzenia, które muszą być wysokie i atrakcyjne, nowe technologie i projekty, w których pracownicy będą mieć poczucie, że się rozwijają, że robią coś, co ich zwyczajnie kręci i w co będą chcieli inwestować swój czas i swój wysiłek. Poza tym branża gamedev to też atmosfera, ludzie, fun, który stoi za całym gamingiem. To nie tylko to, co dzieje się przy komputerze, ale też w gameroomie, na służbowych imprezach czy naszych offsite’owych eventach – mówi Victoria Chyczewska, Global Head of Recruitment w Huuuge Games.

Jak zauważa, w wyścigu o talenty branża konkuruje nie tylko między sobą, lecz także z całym, szeroko pojętym rynkiem IT. Poszukiwani są m.in. programiści, testerzy, scrum masterzy, menedżerowie techniczni i architekci, ale także specjaliści działów wspierających – HR, prawnych i finansowych.

– W branży gamedev szczególne kompetencje to programiści Unity, C++ i programiści w językach takich jak Java. O ten potencjał na rynku walczymy najbardziej. Z kolei jeśli chodzi o kompetencje miękkie – szukamy osób kreatywnych i mocno kooperujących. Firmy gamingowe często są rozproszone, pracują nad bardzo innowacyjnymi projektami, w projektach grupowych, więc te dwie umiejętności są bardzo potrzebne – wskazuje Victoria Chyczewska.

W tej chwili Huuuge Games, w związku z błyskawicznym rozwojem, ma otwartych aż 70 rekrutacji na stanowiska w prawie każdym dziale i na niemal każdym szczeblu firmy.

– Mamy rekrutacje do zespołów deweloperskich, ale też na stanowiska zarządzające i do zespołów wspierających, takich jak HR, finanse i dział prawny – mówi Global Head of Recruitment w Huuuge Games. – Poszukujemy Unity developerów, C++ developerów, Java developerów, ale też testerów automatyzujących manualnych, Scrum Masterów, Agile Coachów, liderów, menedżerów i dyrektorów z backgroundem technicznym, jak i osób do zespołu administracji. Paleta jest więc bardzo szeroka.

Jak podkreśla ekspertka, kandydaci mogą liczyć na atrakcyjne zarobki, pracę w jednej z najbardziej przyszłościowych obecnie branż i w międzynarodowym środowisku.

– Jesteśmy bardzo globalną firmą, w naszych strukturach jest 19 narodowości i cały czas się rozwijamy. Od około pięciu–sześciu lat jesteśmy w fazie hiperwzrostu, z organizacji liczącej 80 osób dziś jest nas już ponad 600, a zaraz będzie 700. Fajnie jest pracować w firmie, która rok do roku bije rekordy i odnosi sukcesy. Poza tym jest human factor i ten element zabawy, to, w jakiej atmosferze pracujemy, bo jest u nas bardzo wiele kooperacji, projektów międzynarodowych i cross-teamowych. Nie dość, że ciągle staramy się być innowacyjni na skalę rynku, to dotyczy to też usprawnień na poziomie tego, jak działamy, jak współpracujemy, w jakich technologiach i nad jakimi projektami – mówi Victoria Chyczewska.

Młodym sportowcom brakuje pieniędzy na sprzęt i starty oraz odpowiedniej bazy treningowej. W rozwoju talentu i pasji mogą pomóc prywatne firmy

Choć rosną nakłady państwa na aktywizację sportową, młodzi zawodnicy na początku kariery napotykają spore bariery. To przede wszystkim brak pieniędzy oraz nie najlepsza baza treningowa i sprzęt. Tymczasem bez odpowiedniego zaplecza i warunków sportowy talent nie ma możliwości się rozwinąć. Dlatego z pomocą coraz częściej przychodzą prywatne firmy. Aquaphor w ramach akcji „W swoim żywiole” funduje 10 sportowcom stypendium w wysokości 10 tys. zł. – Istotne jest każde wsparcie treningowe, każda cegiełka tak naprawdę dokłada się do późniejszego sukcesu – przekonuje Agnieszka Kobus-Zawojska, wioślarka, multimedalistka olimpijska, stypendystka akcji.

 Uważamy, że warto wspierać młodych sportowców, ponieważ to jest nasza przyszłość. Państwa nie zawsze stać na to, żeby sportowcy, szczególnie na początkowym etapie, kiedy są młodzi, mieli zapewnioną bazę treningową, odpowiednie warunki do uprawiania sportu i startowania w zawodach. Dodatkowe pieniądze od firm komercyjnych mogą skutecznie tę lukę uzupełnić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Oleg Stasiewicz, prezes Aquaphor Poland.

Z roku na rok na aktywizację sportową Polaków trafia coraz więcej środków. Nakłady na ten cel wzrosły w 2020 roku w stosunku do 2015 roku o 141 proc. O ile w 2015 roku na ten cel przeznaczono 117 mln zł, o tyle w 2020 roku już 282 mln zł. Od 2021 roku Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej na rozwój infrastruktury sportowej w Polsce oraz upowszechnianie sportu wśród najmłodszych otrzymuje ponad 100 mln zł. Młodzi sportowcy na początku kariery wciąż jednak napotykają spore bariery – to przede wszystkim brak zaplecza treningowego oraz zbyt mało pieniędzy na sprzęt i starty.

– Najważniejszą sprawą jest właśnie zapewnienie bazy treningowej, ponieważ to jest podstawa dla naszych młodych sportowców, żeby uzyskiwać w przyszłości świetne wyniki i zdobywać medale – ocenia Oleg Stasiewicz.

– Trzeba rozwijać sportowe talenty i szlifować te małe diamenciki, bo dzięki temu zdobywamy medale olimpijskie. Na początku sportowej drogi najważniejsze jest wsparcie – zarówno psychiczne, jak i finansowe, bo w ten sposób można odciążyć rodziców. Bardzo ważne jest również zaplecze treningowe – mówi Agnieszka Kobus-Zawojska. – Warto wspierać sport, także amatorski, bo sport to nie tylko medale i sukcesy, ale przede wszystkim radość. Sport uczy też pokory i tego, jak sobie radzić w codziennym życiu.

Bez wsparcia sportowy talent rozwija się trudniej. Tymczasem w Polsce pomoc dla młodych czy początkujących zawodników jest niewystarczająca. Przykładem może być Dawid Tomala, który zdobył złoty medal na niedawnych igrzyskach w Tokio w chodzie na 50 km. Parę lat temu zrezygnował z treningów i zaczął pracę na etacie, by móc się utrzymać. Żeby zdobyć pieniądze na treningi i przygotowanie do startu,  do końca ubiegłego roku pracował na budowie, był nauczycielem WF-u i masażystą. Wspomóc karierę sportową mogą firmy komercyjne. Przykładem może być akcja „W swoim żywiole” organizowana już po raz drugi przez Aquaphor Poland.

– Zorganizowaliśmy tę akcję, przede wszystkim mając na myśli, że młodzi sportowcy potrzebują dodatkowego wsparcia, żeby w przyszłości zdobywali medale dla kraju, żeby mieli zapewnioną możliwość trenowania i jeżdżenia na zawody, czyli poczynając od ubrań sportowych, poprzez opłacanie wyjazdów na zawody – tłumaczy prezes Aquaphor Poland.

W ramach akcji 10 sportowców może liczyć na stypendium w wysokości 10 tys. zł. Jak przekonuje Agnieszka Kobus-Zawojska, przyda się każda pomoc. Wioślarka przyznaje, że jej samej bardzo pomogło wsparcie, jakie otrzymała dzięki akcji „W swoim żywiole”. Dlatego teraz z przyjemnością staje po drugiej stronie, by pomóc spełnić komuś sportowe marzenie.

– To wsparcie było dla mnie odciążeniem głowy, nie myślałam o tym, co się dzieje dookoła, tylko o trenowaniu. Mogłam zainwestować w sprzęt treningowy – mówi wioślarka i wielokrotna medalistka. – Kiedy otrzymałam pierwsze stypendium, to miałam z tyłu głowy to, że mogę wreszcie skupić się na celu, na tej sportowej drodze. Mogłam iść na trening z czystą głową i jak najlepiej wykonać moje zadanie, nie musiałam się martwić o to, co się stanie później.

Na tegorocznych igrzyskach olimpijskich w Tokio Agnieszka Kobus-Zawojska wywalczyła w czwórce podwójnej kobiet srebrny medal. Wioślarka ma w dorobku także brązowy krążek igrzysk z Rio de Janeiro w tej samej konkurencji. 

– Marzy mi się, żeby tych medali było coraz więcej i tak naprawdę ta akcja też przyczynia się do tego, żeby później dzieciaki je zdobywały. To jest długa sportowa droga, bo tak naprawdę, żeby dojść do wielkich sukcesów sportowych, to musimy czasem poświęcić całe życie, ale najważniejsze jest to, żeby mieć wsparcie – mówi Agnieszka Kobus-Zawojska. – Moja droga do medali olimpijskich była wyboista, ale kiedy jestem na łódce, to naprawdę jestem w swoim żywiole, dlatego doceniam każdy gest. Nawet w tym roku przedolimpijskim miałam duży dołek, ale to jest normalne w życiu i myślę, że dlatego ważne jest wspierać młode talenty.

Do akcji „W swoim żywiole” może się zgłosić każda osoba, która ukończyła 13 lat i uprawia sport. Dwudziestu młodych ludzi, którzy zdobędą najwięcej głosów, przechodzi do drugiego etapu, gdzie kapituła wybierze najlepszą dziesiątkę. Jak pokazuje doświadczenie pierwszej edycji programu, dodatkowe pieniądze mogą szybko przełożyć się na sukcesy.

– Agnieszka Kobus-Zawojska została w tym roku wicemistrzynią olimpijską i to jest powód do dumy dla nas jako firmy i dla całego kraju. Marzymy, żeby inne dzieciaki szły w jej ślady i zdobywały najwyższe nagrody – podkreśla Oleg Stasiewicz.

Czas na zgłoszenia mija 30 września. Formularz zgłoszeniowy i więcej szczegółów można znaleźć na stronie www.wswoimzywiole.edu.pl.

Ministerstwo Finansów pracuje nad nowymi rozwiązaniami dla samorządów. Mają rekompensować ubytki spowodowane Polskim Ładem

Z wyliczeń Ministerstwa Finansów wynika, że zmiany podatkowe wprowadzane Polskim Ładem będą kosztować samorządy ok. 150 mld zł w ciągu 10 lat. Trwają prace nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które mają te straty zrekompensować. Proponowane zmiany to gwarancja dochodów i subwencja rozwojowa dla aktywnych...

Rząd szykuje się na różne scenariusze czwartej fali. Przedsiębiorcy apelują o niewprowadzanie kolejnego lockdownu

Czwarty lockdown byłby gospodarczym złem i nie wszystkie firmy zdołałyby go przetrwać – ostrzegają przedsiębiorcy z Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, którzy już w lipcu apelowali do rządu o jasną deklarację, że nie będzie już tak restrykcyjnych obostrzeń jak podczas trzeciej fali. Ich zdaniem jedyną skuteczną drogą do pokonania pandemii koronawirusa są masowe szczepienia. Minister zdrowia Adam Niedzielski przyznał niedawno, że rząd przygotowuje się na różne scenariusze kolejnego wzrostu zakażeń. Założenia są takie, żeby ewentualne obostrzenia wprowadzać strefowo, w tych regionach, które mają niski poziom zaszczepienia. Inną rozważaną opcją są restrykcje tylko dla osób niezaszczepionych.

Wprowadzenie kolejnego lockdownu będzie gospodarczym złem dla przedsiębiorców. Nie wiem, czy wszyscy przedsiębiorcy tak dzielnie by sobie poradzili, dlatego że nasza psychika też ma pewne granice odporności. Uważam, że do tej pory nie poznaliśmy wszystkich skutków wprowadzenia poprzedniego lockdownu i niektóre społeczne skutki mogą się pokazać dopiero za kilka miesięcy. Dlatego też powinniśmy zrobić wszystko, żeby przyspieszyć proces szczepień i żeby do końca roku jak największa liczba Polaków została zaszczepiona – mówi agencji Newseria Biznes Hanna Mojsiuk, prezes zarządu Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy z obawą patrzą na zapowiadany powrót wysokiej liczby zakażeń. Według prognoz rządu na przełomie września i października może nastąpić szczyt czwartej fali pandemii, a liczba dziennych zachorowań może sięgać 15–20 tys. Ministerstwo Zdrowia przygotowuje się na różne scenariusze. Na razie jest mowa o tym, że ewentualne obostrzenia będą wprowadzane strefowo, w zależności od liczby zakażeń i poziomu wyszczepienia w danym powiecie. Planowany jest powrót zielonych, żółtych i czerwonych stref, ale limity, które będą decydowały o kwalifikowaniu się do poszczególnych stref, zostaną podniesione.

– Obecnie żyjemy w czasach takiej małej normalności. Jeżeli czwarta fala będzie wypłaszczona, jeżeli proces szczepień będzie przyspieszony, to nie będziemy odczuwać tak mocno restrykcji czy też groźby kolejnego lockdownu. Bardzo trudno jest jednak przewidzieć, co się wydarzy, możemy jedynie robić wszystko, aby temu zapobiec – mówi prezes PIG w Szczecinie.

Jak informuje Ministerstwo Zdrowia, do tej pory wykonano prawie 36 mln szczepień. W pełni zaszczepionych jest ponad 18,5 mln Polaków. Eksperci podkreślają, że to za mało, by osiągnąć odporność zbiorową. Akcja szczepień wyraźnie spowolniła. Minister Michał Dworczyk informował, że chętnych jest ok. 160 tys. osób tygodniowo.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy już na początku lipca zaapelowali do premiera o jasną deklarację, że kolejnego lockdownu nie będzie. Jak podkreśla Hanna Mojsiuk, w tej sprawie firmy w całym kraju mówią jednym głosem, co wynika z trudnej sytuacji w wielu branżach, najbardziej dotkniętych dotychczasowymi obostrzeniami.

Nasi przedsiębiorcy czują się trochę pomijani w decyzjach dotyczących wprowadzania lockdownu czy też zamykania konkretnych branż. Uważam, że my mamy bardzo dużo do powiedzenia, dlatego że znamy specyfikę tych branż. Dialog między przedsiębiorcami a rządem powinien pomóc we wprowadzaniu restrykcji bardziej dostosowanych do sytuacji – podkreśla ekspertka. – Firmy nie zawsze rozumiały powody tych restrykcji, nie zawsze miały one uzasadnienie merytoryczne. Jak można wytłumaczyć to, że fryzjer mógł iść do dyskontu, a pracownica dyskontu nie mogła iść do fryzjera. Też nie było dla nas zrozumiałe, dlaczego branża fitness została całkowicie zamknięta, ponieważ nie przedstawiono nam żadnych badań, które by argumentowały tę decyzję.

W dużej mierze na skutek pandemii koronawirusa, oraz mającym jej zapobiegać kolejnym lockdownom w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej w 2020 roku przedsiębiorcy złożyli ponad 140 tys. wniosków o zakończenie działalności gospodarczej. Kolejnych 280 tys. firm zawiesiło swoje działania. Od stycznia do maja br. takich wniosków było odpowiednio 70 tys. i blisko 94 tys. Najwięcej z nich pochodzi z branży gastronomicznej, hotelarskiej i fitness. To one właśnie najbardziej ucierpiały do tej pory. Według Licznika Strat Lockdownowych WEI  straciły one odpowiednio 2,8 mld, 2,1 mld oraz 1,6 mld zł. Większe straty zanotowała branża rozrywkowo-kulturalna – ponad 3,1 mld zł.

– Nasz region jest bardzo mocno zaangażowany właśnie w te branże. Obserwowałam, jak nasi hotelarze przez wiele miesięcy mocno byli dotknięci tym, że nie mogli działać. Przede wszystkim te branże ucierpiały z powodu utraty dużej liczby pracowników. Wiele z tych osób, które pracowały w turystyce czy gastronomii, przeszło na przykład do e-commerce czy branży logistycznej. Po prostu chcą mieć pewność jutra, a nie jest do końca wiadome, czy lockdown nie będzie ponownie wprowadzony – komentuje prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

About Me

484 POSTY
0 KOMENTARZE
- Advertisement -spot_img

Latest News

Polski rynek telekomunikacyjny wymaga deregulacji i długofalowej strategii. Miliardowe inwestycje mogą nie wystarczyć do zapewnienia bezpieczeństwa cyfrowego

Operatorzy telekomunikacyjni w Polsce przeznaczają średnio 3 mld zł rocznie na rozwój sieci światłowodowych, stacji bazowych, infrastruktury szkieletowej i bezpieczeństwa...
- Advertisement -spot_img