Portal 40 Stopni.pl
Kolej to najbardziej ekologiczny środek transportu. W Polsce wciąż jednak dominują samochody i ciężarówki
– Polska wciąż jest jednak mocno skoncentrowana na transporcie samochodowym, podobnie zresztą jak wiele innych państw. To zrozumiałe, bo przejście w kierunku innych środków transportu jest dużym krokiem, potrzeba wielu inwestycji w infrastrukturę fizyczną i cyfrową. Jednak, jeśli będą inwestycje i będzie wola polityczna, to przyszłość rysuje się optymistycznie – uważa Monika Heiming, szefowa Stowarzyszenia Europejskich Zarządców Infrastruktury Kolejowej w UE (EIM). Jak wskazuje, wyzwaniem na nadchodzące lata jest wzrost konkurencyjności sektora kolejowego, tak aby stanowił on atrakcyjną alternatywę dla innych środków transportu. Jednak pod względem środowiskowym już w tej chwili kolej zajmuje pierwsze miejsce i jest najmniej emisyjnym sposobem przewozu ludzi i towarów.
– Kolej jest środkiem transportu o najwyższej efektywności pod względem zużycia energii, najbardziej ekologicznym pod względem emisji CO2, a także najbardziej wydajnym, ponieważ na niewielkiej przestrzeni transportowane są duże ładunki. I to jest optymalna sytuacja, jeżeli chodzi o wpływ na środowisko, ale także drgania czy hałas. To bardzo dobry sposób na transport dużej liczby osób i towarów w sposób najbardziej efektywny energetycznie i zrównoważony – mówi Monika Heiming.
Według danych przytaczanych przez UTK transport w Europie generuje 25 proc. całkowitych emisji CO2. Największa jego część, bo aż 72 proc., pochodzi z transportu drogowego, do którego zaliczają się m.in. samochody osobowe i ciężarówki. Lotnictwo wraz z transportem morskim produkują odpowiednio 12 i 14 proc. dwutlenku węgla, natomiast kolej zajmuje pod tym względem ostatnie miejsce – tylko 0,4 proc. CO2 emitowanego przez transport w Europie pochodzi z transportu kolejowego. To niewiele w porównaniu do alternatywnych form podróżowania – w przeliczeniu na pasażera pociągi produkują trzykrotnie mniej dwutlenku węgla niż samochody i aż osiem razy mniej niż samoloty. Co istotne, kolej to również jedyny środek transportu, który od 1990 roku zmniejszył ogólną emisję spalin, m.in. dzięki modernizacji lokomotyw, które z roku na rok są coraz bardziej przyjazne środowisku (dane „Transport and environment report 2020”, EEA).
– Kolej jest bardzo efektywna energetycznie i charakteryzuje się niskimi emisjami CO2 w porównaniu do pozostałych środków transportu, ale nadal musimy popracować nad wykorzystaniem paliw alternatywnych. W tej chwili toczą się szeroko zakrojone rozmowy dotyczące m.in. wykorzystania wodoru, energii wiatrowej i fotowoltaicznej. Takie inicjatywy są prowadzone w całej Europie – mówi szefowa EIM.
W dążeniach do całkowitej zeroemisyjności sektora kolejowego pomóc mają silniki wodorowe, które emitują wyłącznie parę wodną. Także energia elektryczna, wykorzystywana do napędu pociągów, ma być w nadchodzących latach pozyskiwana z odnawialnych źródeł. Zgodnie z założeniami Programu Zielona Kolej w 2030 roku OZE powinny pokrywać już 85 proc. obecnego zapotrzebowania kolei na energię. Szacuje się, że pozwoli to zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych w tym sektorze o ok. 9 mln t rocznie.
W Polsce przykładem tego dążenia przewoźników do minimalizowania swojego wpływu na środowisko jest chociażby PKP Intercity. Obecnie już 85 proc. taboru spółki nie emituje spalin wcale, a dodatkowo pociągi Pendolino, PesaDART i FLIRT3 już na etapie projektowania powstawały z myślą o środowisku i zostały zbudowane z ekologicznych, podlegających recyklingowi materiałów. Spółka wylicza, że tylko w 2020 roku Polacy podróżujący pociągami PKP Intercity przyczynili się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla o 460 tys. t.
Niższe emisje to jednak niejedyna zaleta transportu kolejowego, w którym narażenie na ponadnormatywny hałas jest znacznie niższe niż w przypadku transportu drogowego. Podobnie zresztą jak i bezpieczeństwo podróżowania. Jak wynika z danych w bazie Eko kolej, w 2020 roku w transporcie drogowym w Polsce wydarzyło się niemal 60 razy więcej wypadków niż w transporcie kolejowym.
– Polska wciąż jest jednak mocno skoncentrowana na transporcie samochodowym, podobnie zresztą jak wiele innych państw. To zrozumiałe, bo przejście w kierunku innych środków transportu jest dużym krokiem, potrzeba wielu inwestycji w infrastrukturę fizyczną i cyfrową, trzeba też rozważyć systemy multimodalne, ponieważ nie można inwestować w wyizolowane środki transportu. W Polsce występują też dodatkowe wyzwania, takie jak granica z Ukrainą i kwestie rozstawu torów. Ale jeśli są chęci, jeśli uda się podjąć inwestycje związane z wolumenem przewozów i będzie wola polityczna, aby inwestować w kolej, szczególnie w szybkie przewozy towarowe i pasażerskie, to przyszłość Polski rysuje się optymistycznie – mówi Monika Heiming.
W Polsce realizowany jest Krajowy Program Kolejowy o wartości 76 mld zł z bardzo dużym udziałem środków unijnych przeznaczonych na modernizację infrastruktury kolejowej. W grudniu ub.r. rząd zwiększył budżet KPK na lata 2023–2024 o kolejne 100 mln zł, przeznaczonych głównie na finansowanie wzrostu kosztów realizacji inwestycji i waloryzację kontraktów PKP PLK SA. Kolejna nowelizacja KPK będzie już związana z nowym, unijnym budżetem na lata 2021–2027.
Według danych UTK w 2022 roku koleją przewieziono łącznie 248,63 mln t towarów. Jednak w Polsce wciąż tylko niewielki odsetek przewozów towarowych i pasażerskich odbywa się za pomocą transportu kolejowego, dominuje transport drogowy. Dlatego – jak wskazuje szefowa EIM – głównym wyzwaniem na nadchodzące lata będzie wzrost konkurencyjności sektora kolejowego, tak aby mógł on stanowić atrakcyjniejszą alternatywę dla innych środków transportu.
– Musimy podjąć wzmożone działania na rzecz lepszych połączeń transgranicznych i pracować nad bardziej konkurencyjną ofertą w porównaniu do transportu lotniczego. Takie rozmowy już się rozpoczęły, np. we Francji wprowadzono zakaz lotów krajowych (na dystansach krótszych niż te, które można pokonać alternatywnym środkiem transportu w mniej niż 2,5 godz. – przyp. red.). To jest kropla w morzu potrzeb, bo potrzebujemy też struktury bardziej sprzyjającej transportowi kolejowemu, począwszy od zachęt podatkowych po utrzymanie i innowacje. To duże wyzwania, nad którymi musimy pracować w tej dekadzie. Osobiście uważam, że to będzie dekada infrastruktury kolejowej – mówi Monika Heiming.
Proekologiczne oczekiwania konsumentów zmieniają politykę firm. Widać to zwłaszcza w handlu internetowym
Aktualizacja 1.02.23 10:00
Co piąty Polak dba o środowisko i myśli o ekologii – wynika z badania Open Research, które pokazuje też, że społeczna świadomość związana z ekologią rośnie. Także podczas zakupów – według danych podawanych przez DS Smith, ponad 46 proc. Polaków zastanawia się, co zrobi z opakowaniem po zakupionym produkcie, a 50 proc. z nich wybiera wyłącznie opakowania, które można później poddać recyklingowi. Eksperci wskazują, że tzw. zielony e-commerce to w tej chwili jeden z najważniejszych trendów w internetowym handlu, ale z biegiem czasu ekologia będzie mieć rosnący wpływ na politykę firm niemal z każdej branży. Wymuszą to właśnie stale rosnące oczekiwania konsumentów w zakresie ochrony środowiska i klimatu.
– Badania panelu Ariadna pokazały, że w tej chwili tylko dla 35 proc. Polaków ważne jest, czy firma spełnia normy środowiskowe, czy dba o społeczną odpowiedzialność. To oznacza, że dla ponad 60 proc. Polaków ten aspekt wciąż nie jest ważny, liczy się raczej rachunek ekonomiczny. Jednak zmiany muszą nadejść. Jeżeli mniejsze, polskie firmy chcą współpracować z tymi największymi, muszą spełniać pewne wymagania środowiskowe – mówi Damian Kuraś, dyrektor Instytutu ESG. – Ja bym apelował do Polaków, żeby kupowali mniej, żeby sprawdzili w koszyku w centrum handlowym, czy naprawdę potrzebują tak wielu tanich towarów. Być może warto kupić trochę mniej, ale mieć świadomość, że dany produkt rzeczywiście powstał w sposób zrównoważony i z poszanowaniem dla planety.
Według ubiegłorocznego raportu Ministerstwa Klimatu i Środowiska, aż 81 proc. Polaków raczej dobrze bądź zdecydowanie dobrze ocenia własną postawę ekologiczną. Jednak te deklaracje nie zawsze idą w parze z realnymi działaniami na rzecz środowiska i klimatu. Tylko niecała połowa (47 proc.) wymieniła całe domowe oświetlenia na energooszczędne żarów LED, a jeśli odłączają od gniazdka nieużywane ładowarki, to raczej ze względów ekonomicznych niż ekologicznych. Polacy znacznie częściej wybierają też samochód niż inne, bardziej ekologiczne sposoby dojazdu do pracy, a 33 proc. przyznaje, że stara się pilnować ekonawyków nawet na wakacjach, ale nie zawsze im to wychodzi („raport Ekologiczne zachowania Polaków” 2022, MKiŚ).
– Życie w ten sposób potrafi być trudne, ponieważ wymaga wyrzeczeń. Jesteśmy narażeni na wiele pokus, przede wszystkim na działanie reklam, marketing, ciągle pojawiają się produkty, których wydaje nam się, że potrzebujemy. Brak czasu też powoduje, że często próbujemy wybrać najprostsze albo najtańsze rozwiązania, to wszystko jest wyzwaniem – mówi propagatorka ruchu zero waste Anna Czartoryska-Niemczycka.
Są też jednak pozytywy: zdecydowana większość społeczeństwa przyznaje się do segregowania śmieci (85 proc.) oraz korzystania z toreb i opakowań wielokrotnego użytku (85 proc.) i oszczędzania energii w domu i w pracy (78 proc.). Co piąty Polak zachowuje się wzorowo, jeśli chodzi o dbanie o środowisko i globalne myślenie o ekologii – wynika z ubiegłorocznego badania Open Research, które pokazuje też, że Polacy całkiem dobrze orientują się w pojęciach dotyczących ekologii, a społeczna świadomość związana z tym tematem z biegiem czasu rośnie. Także podczas zakupów, bo – jak wynika z badania – już 39 proc. Polaków woli wybierać marki, które dbają o środowisko, średnio co trzeci kupuje ekologiczne kosmetyki i produkty spożywcze.
– Polscy konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na to, czy kupują ekologicznie – mówi Kamila Koźbiał, dyrektor marketingu DS Smith w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – Coraz ważniejsze jest dla nich również to, co dzieje się wokół produktu, który kupują. Dla przykładu widzimy, że w kanale e-commerce konsumenci chcą mieć pewność, że kupowane przez nich produkty są wysyłane w ekologicznych, odpowiednio dopasowanych opakowaniach. Są świadomi tego, że zbyt duże opakowanie, w którym jest mały produkt, generuje bardzo duży koszt środowiskowy.
Jak podaje DS Smith, jeden z największych producentów opakowań, każdego roku w zbyt dużych opakowaniach do polskich konsumentów dostarczanych jest ponad 40 mln m3 powietrza. Takie pakowanie przesyłek w źle dopasowane pudełka generuje prawie 2,5 mln dodatkowych kursów samochodów dostawczych, co przekłada się na ponad 42 tys. ton zbędnego CO2. Równie dużym problemem środowiskowym są materiały wykorzystywane do pakowania paczek – ze względu na ich zbyt duży rozmiar w Polsce marnuje się rocznie blisko 89 tys. t tektury i ok. 333 mln mkw. plastikowej taśmy klejącej.
– Konsumenci chcą wiedzieć, z czego wykonane są opakowania produktów, czy są one papierowe czy plastikowe, czy można je poddać recyklingowi – mówi Kamila Koźbiał.
Według danych UKE, w 2021 roku do rąk polskich konsumentów trafiały średnio 2 mln przesyłek dziennie. Z badań zleconych przez DS Smith wynika, że 40 proc. z nich zdarza się odbierać paczki, które są zbyt duże w stosunku do wysłanego produktu, a 43 proc. uważa, że sprzedawcy używają do ich spakowania zbyt dużej ilości taśmy. Tymczasem dziś konsument oczekuje czegoś wręcz przeciwnego - blisko połowa (46 proc.) chce otrzymywać zamawiane produkty w ekologicznych opakowaniach pochodzących z recyklingu.
– Mając świadomość, jak duży wpływ na środowisko mają tego typu praktyki, konsumenci się im sprzeciwiają. Około 1/3 wyraźnie deklaruje, że jeżeli otrzymuje swoje produkty spakowane w zbyt dużym opakowaniu, to następnym razem rozważy zakup u innego dostawcy, a 18 proc. deklaruje, że na pewno nie kupi więcej w takim sklepie – mówi dyrektor marketingu DS Smith w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.
Z ubiegłorocznego raportu „Green Generation”, który powstał m.in. przy współudziale Allegro, wynika, że aż 85 proc. polskich internautów i 77 proc. e-kupujących zauważa podczas zakupów w sieci różne nieekologiczne praktyki sklepów. Z kolei raport Gemiusa „E-commerce w Polsce 2022” pokazuje, że dla niemal połowy badanych ważny bądź bardzo ważny jest wpływ formy dostawy i zwrotu zamówionej przesyłki na środowisko. Tzw. zielony e-commerce to w tej chwili jeden z najważniejszych trendów w internetowym handlu.
– Presja ze strony konsumentów jest dzisiaj równie skuteczna jak regulacje prawne, czy potrzeba obniżania kosztów funkcjonowania produktu w całym łańcuchu dostaw – mówi Kamila Koźbiał. – Ma to wpływ na politykę środowiskową firm. Wiedząc, czego oczekują konsumenci, firmy dostosowują się do ich wymogów. Widać to szczególnie w przypadku gigantów rynkowych. Ich działania mają też największy wpływ, ze względu na skalę. Jeżeli wyobrazimy sobie dużą międzynarodową firmę z branży FMCG, to często jedna mała zmiana – chociażby np. o milimetr mniejsze opakowanie – generuje oszczędności środowiskowe w całym łańcuchu dostaw. Ten 1 mm może się przełożyć na np. 20 proc. wzrost ilości produktu w jednym transporcie , co przelicza się na mniej samochodów na drodze i obniżenie emisji CO2.
– Trzeba też zauważyć, że na rynek pracy i na rynek konsumencki wchodzi młode pokolenie 20-latków, dla którego zmiany klimatu i środowisko są bardzo ważne. I ci ludzie sprawdzają, czy firma, w której albo chcą pracować albo od której chcą kupować produkty, działa w sposób zrównoważony. Ta presja – wraz z rosnącą liczbą młodych ludzi, dla których jest to ważne – będzie tylko rosła – dodaje dyrektor Instytutu ESG Damian Kuraś.
Jak wskazuje, w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju najbardziej zaawansowane są duże firmy i korporacje, które od lat są obecne na międzynarodowych, bardziej rozwiniętych rynkach, gdzie większa jest też świadomość ekologiczna konsumentów. To one są pionierami zmian, ale prośrodowiskowe rozwiązania muszą wdrażać w tej chwili coraz mniejsze podmioty. Skłania je do tego nie tylko presja konsumentów, ale i aktualna sytuacja polityczno-gospodarcza wywołana wojną w Ukrainie.
– Firmy, które chcą się rozwijać, muszą jak najszybciej wprowadzać zmiany prośrodowiskowe, wdrażać technologie, które będą ograniczały zużycie energii i surowców. Muszą też tworzyć nowe produkty i usługi, które będą dostosowane do tej zielonej zmiany – podkreśla Damian Kuraś. – Takie działania są niezbędne, ponieważ wojna w Ukrainie sprawiła, że wzrosły ceny energii, spadła dostępność paliw. Firmy muszą więc przejść transformację energetyczną, inwestować w technologie dzięki którym będą oszczędzać surowce, generować mniej odpadów. Dzięki temu będą konkurencyjne na rynku. Wcześniej dużo mówiło się o tym, że wiele z nich robi tzw. ekościemę, czyli pozorowane ruchy ekologiczne i oczywiście to cały czas ma miejsce. Jednak biorąc pod uwagę, że ceny energii i surowców rosną, to tak naprawdę dziś w zdrowym interesie firm nie są działania pozorowane, ale aktywne działania na rzecz oszczędzania tych zasobów.
Rynkowi eksperci wskazują, że zrównoważony rozwój i społeczna odpowiedzialność biznesu w nadchodzących latach znacząco wpłyną na politykę firm niemal z każdej branży. Wymuszą to właśnie rosnące oczekiwania konsumentów dotyczące ochrony środowiska i klimatu. Badanie przeprowadzone przez Unilever pokazało, że już w 2017 roku ponad 33 proc. konsumentów deklarowało, że wybiera marki, które w ich opinii działają prospołecznie i proekologicznie, a z upływem czasu ten odsetek rośnie. Wciąż potrzebna jest jednak zakrojona na szeroką skalę edukacja ekologiczna, która skłania Polaków do działań na rzecz środowiska i klimatu, a tym samym oddziałuje również na politykę poszczególnych marek.
– Cieszy mnie to, że edukacja w zakresie ochrony środowiska – o tym, jaki mamy na nie wpływ , dlaczego trzeba segregować śmieci albo dlaczego trzeba zakręcać wodę – trafia już do dzieci od najmłodszych lat. Myślę, że gdy już będą dorosłymi i świadomymi konsumentami, być może będą podejmowali trochę inne decyzje niż my – mówi Anna Czartoryska-Niemczycka, aktorka.
Do 2026 roku Grupa PGE schowa pod ziemię co najmniej 30 proc. linii średniego napięcia. Pomoże w tym specjalistyczna maszyna do układania kabli bez...
Grupa PGE prowadzi strategiczny dla polskiej energetyki program kablowania sieci średniego napięcia (SN). Do 2026 roku schowa pod ziemię co najmniej 30 proc. istniejących linii średniego napięcia. W tym celu kupiła pierwszą w Polsce, specjalistyczną maszynę do układania kabli energetycznych pod ziemią bez konieczności robienia wykopów. Dzięki temu czas inwestycji w kablowanie sieci zdecydowanie się skróci.
– Jako Grupa PGE realizujemy ogromne wyzwania inwestycyjne, zmierzające do poprawy niezawodności sieci dystrybucyjnej, będącej dzisiaj fundamentem transformacji energetycznej – transformacji, która jest ogromnym wyzwaniem dla polskiej energetyki i tym samym dla polskiej gospodarki. Jednym z takich wyzwań jest strategiczny program kablowania sieci średniego napięcia w Grupie PGE, który realizujemy od czterech lat. Jest to niezbędne do tego, aby podnieść niezawodność i bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej do odbiorców – podkreśla Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Kablowanie linii średniego napięcia, czyli przeniesienie ich pod powierzchnię ziemi, ogranicza do minimum ryzyko awarii i uszkodzeń spowodowanych działaniem warunków atmosferycznych. Gwałtowne wichury, intensywne opady śniegu czy ulewne deszcze są bowiem najczęstszą przyczyną nieplanowanych wyłączeń.
– Chowanie w ziemi linii średniego napięcia ma przełożenie przede wszystkim na bezpieczeństwo, ponieważ linia schowana w ziemi jest bardziej bezpieczna dla wszystkich, łącznie z mieszkańcami i samymi energetykami. I po trzecie, ta metoda pozwala powiększyć przekrój linii, które chowamy w ziemi, co przekłada się również na możliwości przyłączania źródeł odnawialnych. – mówi Jarosław Kwasek, prezes zarządu PGE Dystrybucja.
Na obszarze działania PGE Dystrybucja łączna długość linii energetycznych przekracza 380 tys. km, z czego 115 tys. km stanowią linie średniego napięcia (SN). Spółka dostarcza nimi energię do ponad 5,5 mln odbiorców na terenie wschodniej i centralnej Polski. W tej chwili na obszarze PGE Dystrybucja jest już blisko 26 tys. km skablowanych sieci średniego napięcia, co stanowi prawie 22,5 proc. SN należących do spółki.
– W 2022 roku schowaliśmy pod ziemię ok. 500 km tych linii, a w 2023 roku planujemy już skablować ok. 2 tys. km, dalej sukcesywnie zwiększając udział tych linii średniego napięcia schowanych w ziemi. To oczywiście przełoży się na wskaźniki jakościowe, na wskaźniki ciągłości dostaw energii do odbiorców końcowych – mówi Jarosław Kwasek.
Grupa PGE realizuje strategiczny dla polskiej energetyki program kablowania sieci średniego napięcia już od czterech lat. To jedno z najważniejszych zadań, jakie stawia sobie spółka. Do 2026 roku PGE planuje zwiększyć udział podziemnych sieci do min. 30 proc.
– Oznacza to, że w ciągu najbliższych trzech lat na naszym obszarze dystrybucyjnym skablujemy ponad 9 tys. km sieci, przy jednoczesnym demontażu blisko 7 tys. km istniejących linii napowietrznych – mówi Wojciech Dąbrowski.
– Do tej pory realizowaliśmy te zadania metodą klasyczną, odkrywkową, czyli najpierw wykop, wykonanie odpowiednich podsypek, kabel był cięty, łączony, mufowany, więc cały ten proces się wydłużał – mówi prezes zarządu PGE Dystrybucja.
Teraz mocno przyspieszy go nowoczesna, specjalistyczna maszyna do układania kabli energetycznych pod ziemią (zestaw składa się z dwóch współpracujących ze sobą pojazdów), którą nabyła Grupa PGE.
– Na potrzeby realizacji programu zakupiliśmy pierwszą w Polsce, specjalistyczną, nowoczesną maszynę, która jest w stanie ułożyć nawet 5 km linii kablowej dziennie. Pozwala to na zdecydowane przyspieszenie realizacji inwestycji. Wymierną korzyść stanowią także niższe koszty niż w przypadku tradycyjnej metody układania kabli – dodaje prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Jak podaje Grupa PGE, inwestycje w zakresie kablowania sieci średniego napięcia są wspierane przez środki pochodzące z nowej emisji akcji o wartości 3,2 mld zł, przeprowadzonej przez PGE w 2022 roku. Połowa tych środków została przeznaczona na inwestycje w infrastrukturę sieciową, związane z transformacją energetyczną.
Rośnie zainteresowanie przekazywaniem danych medycznych na cele naukowe. Pacjenci wciąż obawiają się o ich bezpieczeństwo
Dane medyczne są bazą, na której szkolą się algorytmy sztucznej inteligencji. W kolejnych latach będą one coraz częściej wykorzystywane w ochronie zdrowia m.in. do automatyzacji diagnostyki, prognozowania wyników czy wspomagania decyzji lekarzy. Aby zbudować solidną bazę takich informacji, potrzebne są jednak chęci i zgody pacjentów na przetwarzanie dokumentacji na cele badawczo-naukowe. Polscy pacjenci są coraz bardziej zainteresowani przekazywaniem swoich danych, przynajmniej w deklaracjach, ale wciąż obawiają się o ich bezpieczeństwo i ryzyko wykorzystania w innych celach niż naukowe.
– Polacy przede wszystkim są chętni, żeby móc zarządzać swoimi danymi, również medycznymi. Widzimy coraz bardziej rosnący megatrend polegający na tym, żeby móc decydować o tym, co się dzieje z naszymi danymi. To samo dzieje się w sektorze ochrony zdrowia. Bazując na ostatnich wynikach ankiety Fundacji My Pacjenci z listopada 2022 roku, ponad 70 proc. pacjentów chciałoby zarządzać swoimi danymi – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali, prezes Fundacji Podaruj Dane.
Zarządzanie danymi medycznymi staje się łatwiejsze dzięki kolejnym usługom e-Zdrowia. Poprzez Internetowe Konto Pacjenta można udostępniać dane o zdarzeniach medycznych lekarzowi, pielęgniarce, przychodni lub aptece. Jest to istotne ułatwienie, które pomaga wyeliminować niebezpieczne sytuacje, wynikające chociażby z interakcji między lekami ordynowanymi przez różnych lekarzy.
Dane medyczne są jednak cenne również w procesie opracowywania nowych terapii.
– Mamy różne statystyki, które pokazują, że między 50 a 77 proc. pacjentów chciałoby takie dane przekazać na cel badawczo-naukowy. Już mieliśmy okazję przeprowadzić pilotażową kampanię Idei Dawstwa Danych Medycznych i udało nam się osiągnąć wskaźnik 31 proc. pacjentów, którzy rzeczywiście wyrazili zgodę na przekazanie swoich danych medycznych na cele badawczo-rozwojowe – podaje Ligia Kornowska.
Aby zostać dawcą danych medycznych, należy wypełnić specjalny formularz i udzielić niezbędnych zgód. Cały proces jest realizowany online. Dane zostają udostępnione przez placówki medyczne, a następnie są anonimizowane i przekazywane ośrodkom badawczym.
Stosowany przez Fundację Podaruj Dane system IT – zwany Data Lake – wykorzystuje technologię rozproszonej bazy danych (blockchain) do odnotowywania informacji o tym, co się dzieje z danymi pacjenta. Przekazanie ich instytucjom badawczo rozwojowym jest możliwe wyłącznie po kompletnej anonimizacji, czyli po usunięciu wszystkich informacji, które mogłyby wskazywać konkretną osobę. System jest na bieżąco monitorowany przez firmy od cyberbezpieczeństwa i regularnie przechodzi testy penetracyjne.
– Największą obawą związaną z jakimkolwiek wykorzystaniem danych medycznych czy innych jest, po pierwsze, cyberbezpieczeństwo tych danych i pewność, że one nie wyciekną nigdzie np. w postaci niezanonimizowanej, czyli z imieniem i nazwiskiem konkretnego pacjenta. Nawet jeśli mówimy o danych anonimowych, to musimy pamiętać, że w sektorze zdrowia również one mogą nieść pewną wrażliwość, np. na podstawie kodu pocztowego była dostosowana cena ubezpieczenia dla pacjenta ubezpieczenia zdrowotnego. Dlatego kolejną wątpliwością pacjentów jest to, że dane mogą być wykorzystane przeciwko nim – nie w celach pozytywnych dla pacjenta, w tych celach rozwoju medycyny – wyjaśnia prezeska Fundacji Podaruj Dane.
W ramach systemu blockchain każda operacja pobrania i przekazania danych jest odnotowana, co pozwala sprawdzić pacjentom, jakie informacje na ich temat trafiają do instytucji badawczo-rozwojowych. Zgoda może także zostać w każdej chwili wycofana.
– Gromadzenie danych to faktycznie jest dopiero początek drogi. Po tym, jak mamy prawo dostępu do tych danych, musimy je, po pierwsze, zanonimizować, czyli usunąć wszelkie wskaźniki, które mogłyby kierować te dane do konkretnego pacjenta. Następnie, jak już mamy anonimowy rekord danych czy set danych, musimy te dane wyczyścić i przygotować do wykorzystania w procesach np. nauki algorytmów sztucznej inteligencji – wyjaśnia Ligia Kornowska.
Informacje takie jak historia leczenia, parametry życiowe, opisy i zdjęcia z badań obrazowych czy wyniki badań laboratoryjnych pozwalają doskonalić algorytmy uczenia maszynowego. Dzięki temu lekarze zyskują dostęp do coraz dokładniejszych narzędzi wspierających ich w diagnostyce. Sztuczna inteligencja może przeanalizować dane z prędkością nieosiągalną dla lekarza i postawić wstępną diagnozę, którą lekarz może potem potwierdzić lub zanegować.
– Musimy zadbać także o interoperacyjność i porównywalność tych danych. Niektóre dane faktycznie już teraz mają określony jednolity standard na całym świecie. Na przykład badania obrazowe mają określony format DICOM, również nawet jeśli chodzi o dokumentację medyczną w Polsce, pewne dane są ustrukturyzowane, zesłownikowane, one również są łatwiejsze do porównania. Natomiast na pewno wyzwaniem będzie ustrukturyzowanie notatek lekarskich i słowa pisanego, które jest umieszczone np. w kartach wypisowych – przyznaje prezeska Fundacji Podaruj Dane.
Nad modelami językowymi pozwalającymi przetwarzać język naturalny, który można znaleźć np. w kartach wypisowych, na dane użyteczne dla algorytmów pracują obecnie naukowcy z całego świata. Jednym z takich modeli jest opisany w czasopiśmie „npj Digital Medicine” GatorTron, bazujący na notatkach lekarzy ze szpitala uniwersyteckiego w amerykańskim stanie Floryda. Modele GatorTron zwiększają zasób języka klinicznego ze 110 mln do 8,9 mld rekordów. Język ten ma być użyteczny właśnie w medycznych systemach sztucznej inteligencji.
Rośnie popyt na elastyczne, współdzielone biura. Sprzyja temu recesja i rynkowa niepewność
– Popyt na elastyczne biura przyspiesza. JLL i Savills przewidują, że docelowo zapotrzebowanie na takie rozwiązania wzrośnie do 20–30 proc. całego rynku biurowego. Pozostaje pytanie, jak szybko uda się osiągnąć taki udział – mówi Hubert Abt, dyrektor generalny New Work Offices. Wzrostom na tym rynku sprzyja w tej chwili m.in. rosnąca popularność pracy zdalnej i hybrydowej oraz recesja i szybko zmieniające się otoczenie biznesowe, które wymusza na firmach większą elastyczność. Nowością na tym rynku są również usługi świadczone bez umowy, w modelu abonamentowym, podobnie jak np. w przypadku Netflixa.
– Recesja sprzyja elastycznym rozwiązaniom biurowym, ponieważ w takim okresie wzrasta niepewność, a w przypadku braku planu długoterminowego nie należy podpisywać umów najmu na dłuższe okresy. W przeszłości gospodarka współdzielenia korzystała na recesji. Obecnie, kiedy elastyczne powierzchnie biurowe zyskują na popularności, widzimy wzrost zapotrzebowania na wszystkich rynkach w Europie, USA i Azji oraz towarzyszący temu wzrost cen – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Abt, dyrektor generalny New Work Offices i workcloud24.
Z opracowanego przez New Work „Flex Solutions in Recession 2023” wynika, że w poprzedniej dekadzie rynek elastycznych biur rósł średnio o 30 proc. r/r, aż do wybuchu pandemii COVID-19, która na chwilę zastopowała jego rozwój. Jednak już w 2021 roku, wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej i hybrydowej, przyszło kolejne ożywienie. Z przytaczanego w ubiegłorocznym raporcie New Work „Flex Office Market Report 2022” badania DESKMAG wynika, że w listopadzie 2021 roku 79 proc. operatorów elastycznych biur określiło swoją sytuację biznesową jako zadowalającą. 62 proc. z nich zanotowało poprawę swojej sytuacji w ciągu ostatnich trzech miesięcy poprzedzających badanie, a 41 proc. spodziewało się dalszych wzrostów.
W tej chwili udział elastycznych biur w całym rynku biurowym w Europie Środkowo-Wschodniej wynosi ok. 3–4 proc.
– W Warszawie mówimy obecnie o udziale rzędu 2–4 proc. we wszystkich zasobach powierzchni biurowych na tutejszym ryku. W miastach takich jak Londyn czy Amsterdam ten udział wynosi znacznie powyżej 10, nawet do 15 proc. Jones Lang LaSalle przewiduje, że docelowo zapotrzebowanie na takie elastyczne rozwiązania sięgnie ok. 30 proc. całego rynku, według prognoz Savills będzie to ok. 20 proc. Pozostaje pytanie, jak szybko uda się osiągnąć taki udział – mówi Hubert Abt.
Rozwiązania typu flex dostosowują się do zmian lepiej niż tradycyjne biura. Pozwalają także uniknąć dużych wzrostów kosztów związanych chociażby z rosnącymi cenami energii. Klienci wybierają je coraz chętniej, bo poza wygodą, natychmiastową dostępnością i elastycznymi warunkami najmu nie wymagają nakładów inwestycyjnych.
– Akceptacja dla takich elastycznych rozwiązań z upływem czasu diametralnie się zmieniła. Wcześniej korzystały z nich głównie małe i średnie przedsiębiorstwa potrzebujące do 20 stanowisk pracy. Teraz, od półtora roku–dwóch lat mamy coraz więcej dużych klientów korporacyjnych, którzy stawiają na elastyczne przestrzenie biurowe – mówi dyrektor generalny New Work Offices, operatora elastycznych biur, który od 10 lat działa w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i zarządza 15 lokalizacjami w Polsce, Bułgarii i na Węgrzech.
Jak ocenia, rosnące zapotrzebowanie na elastyczne biura wynika również z faktu, że ludzie przyzwyczaili się do zalet sharing economy, czyli ekonomii współdzielenia, w wielu dziedzinach życia. Sukces Ubera, Netflixa czy Airbnb spowodował, że coraz chętniej korzystają również ze współdzielonych biur.
– Gospodarka współdzielenia zaczyna dominować i charakteryzuje się wyjątkowym tempem wzrostu, teraz także przy wsparciu cyfryzacji i zachowaniu zgodności z regulacjami dotyczącymi środowiska naturalnego, społeczeństwa i ładu korporacyjnego – mówi Hubert Abt.
Dyrektor generalny New Work Offices prognozuje, że gdy tylko branża współdzielonych biur przekształci swój obecny produkt „przestrzeń jako biuro” i zacznie oferować rozwiązania typu „przestrzeń jako usługa”, klienci będą korzystać z nich w ten sam sposób, w jaki korzystają dziś np. z carsharingu czy streamingu wideo.
– Jest nowy trend polegający na tym, że – podobnie do usług w chmurze w formie streamingu, takich jak Netflix – w przypadku przestrzeni biurowej nie podpisuje się umowy najmu określonej przestrzeni, ale umowę o świadczenie usług. Następnie korzysta się z aplikacji mobilnej i rezerwuje przestrzeń w zależności od zapotrzebowania – może to być sala spotkań, oddzielne biuro lub biurko do pracy – mówi ekspert.
UE coraz bliżej wdrożenia przepisów regulujących sztuczną inteligencję. Ich brak stanowi barierę rozwoju dla innowacyjnych przedsiębiorstw
Wzrost cen energii skłania firmy do wymiany oświetlenia. W niektórych sektorach odpowiada ono za 80 proc. kosztów
Światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych do końca dekady zwiększy swoją wartość niemal dwukrotnie – przewidują analitycy Precedence Research. Inwestowaniu w rozwiązania efektywne energetycznie sprzyjają rosnące w szybkim tempie ceny energii. Skłania to firmy do szukania oszczędności w największych wydatkach, a koszty oświetlenia mogą stanowić nawet 80 proc. kosztów przedsiębiorstwa. Rosnące ceny energii znacząco skracają teraz okres zwrotu tego typu inwestycji.
– Na przestrzeni minionych lat możemy zaobserwować wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną, w tym również na energię wykorzystywaną do instalacji oświetleniowych. świetlną. Przykładem może być rok 2021, gdzie ten wzrost wyniósł około 9 proc. Przyczyniła się też do tego sytuacja gospodarcza, ale też pandemiczna, która wymusiła na pewnych sektorach rynku wzrost zapotrzebowania na usługi e-commerce’owe – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Paweł Boryś, business development manager w TRILUX Polska.
Jak wskazuje ekspert branży oświetleniowej, za przykład może posłużyć popyt na powierzchnie magazynowe, który – według danych Cushman & Wakefield – wzrósł w ciągu trzech kwartałów 2022 roku o 7 proc. r/r do poziomu 5,4 mln mkw. Co kwartał przybywa na rynku 1 mln mkw. nowych powierzchni w sektorze, a to oznacza zwiększone zapotrzebowanie na oświetlenie. Ze względu na bezprecedensowy wzrost kosztów energii elektrycznej w ciągu ostatnich miesięcy przedsiębiorcy szukają oszczędności również w tym obszarze.
– Na przestrzeni ostatniego roku wzrost ten był na poziomie 400 proc. Przedsiębiorcy i indywidualni konsumenci coraz bardziej próbują uniezależnić się od dostawców poprzez rozwiązania odnawialnych źródeł energii, czy to poprzez energię słoneczną, czy poprzez energię wiatrową. Ale też szczególną uwagę zwracają na koszty energii zużywanej przez oświetlenie, które stanowią ok. 15 proc. wartości całych kosztów energii elektrycznej. Ten udział zależy od sektora, bo w powierzchniach magazynowych wynosi nawet do 80 proc. całkowitych kosztów energii – mówi Paweł Boryś. – Dużo się mówi o ograniczeniu produkcji energii z paliw kopalnych: gazu czy węgla na korzyść OZE, natomiast bardzo mało się mówi o poszanowaniu energii i o efektywnym jej wykorzystywaniu.
Jak podkreśla, to właśnie w przemyśle możliwe jest najbardziej efektywne zmniejszenie zużycia energii. I to firmy z tego sektora, zwłaszcza przemysłu produkcyjnego, najczęściej decydują się na inwestycje w modernizację oświetlenia i innych instalacji elektrycznych.
– Przykładem mogą być ponownie przestrzenie magazynowe, gdzie osiągnęliśmy oszczędności zużycia energii na poziomie 80 proc. przy pracy przedsiębiorstwa 24 godziny na dobę – mówi ekspert firmy TRILUX.
Tego typu rozwiązania zostały zastosowane przez TRILUX w krakowskim biurowcu V.Offices. Firma dostarczyła do niego ponad 1,5 tys. opraw do oświetlenia zewnętrznego i wewnętrznego. Do zwiększenia efektywności energetycznej przyczynia się nie tylko wysoka wydajność nowych lamp opraw, lecz także system zarządzania nimi. Sterowanie oświetleniem w częściach wspólnych połączone jest z czujnikami ruchu. Oświetlenie zewnętrzne opiera się na czujnikach zmierzchowych, ograniczających do minimum zanieczyszczenie światłem. Co więcej, oświetlenie zostało zintegrowane z elektrozaworami w toaletach. W przypadku braku oświetlenia odcinany jest całkowity dopływ wody.
– Stosujemy rozwiązania, które jak najmniej ingerują w infrastrukturę elektryczną istniejącą w obiekcie, nawet do tego stopnia, że nie przerywamy cyklu produkcyjnego czy cyklu życia obiektu, wykonujemy po prostu te prace w godzinach nocnych czy w przerwach technologicznych danego przedsiębiorstwa – mówi Paweł Boryś.
Wysoka dynamika wzrostu cen energii, niekorzystna z punktu widzenia kosztów utrzymania budynków, korzystnie wpływa na stopę zwrotu inwestycji. Oszczędności, wynikające z ograniczenia zużycia energii w poszczególnych okresach rozliczeniowych, będą bowiem rosły wraz ze wzrostem stawek.
– Poprzez nieustający wzrost ceny energii te oszczędności stają się coraz większe i czas zwrotu staje się coraz krótszy – podkreśla business development manager w TRILUX Polska. – Zwrot inwestycji w zależności od stosowanej aplikacji i od segmentu rynku możemy szacować na tę chwilę przy obecnych stawkach kosztu energii nawet poniżej roku. Pracujemy obecnie nad projektem, gdzie obiekt funkcjonuje w trzyzmianowej formule pracy, czyli 24 godziny na dobę, przez 360 dni w roku, i okres zwrotu na tej inwestycji wynosi dziewięć miesięcy.
Firmy, które mimo to nie mogą pozwolić sobie na dużą inwestycję w modernizację systemów oświetleniowych, mogą skorzystać z formuły Light as a Service opartej na idei współdzielenia. W tej usłudze koszt projektu, instalacji i utrzymania LED-owego oświetlenia ponosi dostawca, pozostając teoretycznie jego właścicielem, a klient płaci miesięczny abonament za użytkowanie, określony na podstawie planowanego czasu wykorzystania instalacji. Z danych TRILUX wynika, że większość firm, która korzysta z tego modelu, po okresie wynajmu decyduje się na zakup instalacji. Drugą opcją jest odnowienie umowy i wymiana instalacji na nową. Co istotne, w takim modelu dostawca instalacji zajmuje się także utylizacją i recyklingiem starych opraw oświetleniowych.
Według Precedence Research światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych zamknie 2022 rok z przychodami przekraczającymi poziom 216 mld dol. Do 2030 roku wartość rynku przekroczy 406 mld dol.
Prace nad przełomowymi innowacjami prowadzą już nawet nastolatkowie. Młodzi badacze otrzymali granty na rozwój swoich wynalazków
Technologie węglowe w medycynie, pozyskiwanie z roślin wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii, czy nowatorskie metody zapobiegania powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości – to przykłady obszarów, którymi zajmują się młodzi badacze, nagrodzeni w pierwszej edycji programu grantowego „Talenty Jutra”. Zorganizowała go powołana przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) Fundacja Empiria i Wiedza, która zapowiada, że będzie to program cykliczny. Wsparcie finansowe jest dziś jedną z największych potrzeb młodych badaczy i może zdecydować o rozwijaniu ich projektów w Polsce.
– Wspieramy młodych naukowców, bo wierzymy w ich potencjał i talent. Już dzisiaj obserwujemy młodych, którzy tworzą nowe projekty, wynalazki, pracują nad badaniami, które są w stanie zmieniać polską naukę. Wierzymy też, że to młodzi Polacy mogą stworzyć nowe centrum innowacji na świecie i to centrum będzie właśnie u nas, w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Zuzanna Piasecka, prezes Fundacji Empiria i Wiedza.
– Młodzi naukowcy potrzebują wsparcia finansowego, żeby móc kontynuować i rozwijać swoje pasje, badania, zainteresowania. To jest m.in. kwestia laboratorium, kupienia albo wynajęcia sprzętu. Za tym wszystkim muszą iść finanse, ale młodzi naukowcy potrzebują też mentorów, czyli ludzi, którzy ich poprowadzą. Dzisiaj tworzymy zespołowe Nagrody Nobla, dostają je zespoły często nawet kilkusetosobowe. Dlatego taki młody człowiek musi się nauczyć pracować w zespole i potrzebuje mentora, który mu powie, że droga, którą idzie, jest właściwa – mówi Stefan Janta, dyrektor Planetarium Śląskiego, które było patronem honorowym gali finałowej konkursu „Talenty Jutra”.
Niskie zarobki, uniemożliwiające utrzymanie się wyłącznie z nauki, brak wsparcia finansowego przez cały okres studiów doktoranckich, konieczność podjęcia pracy niezwiązanej z tematem badań, a w konsekwencji często porzucanie kariery naukowej z powodów finansowych – to od lat jedne z głównych bolączek młodych naukowców. Wskazywali na nie m.in. uczestnicy badania przeprowadzonego w 2017 roku w ramach Projektu Naukowiec polskiej sieci EURAXESS. Młodzi naukowcy podkreślali w nim, że wobec braku stałego finansowania głównym narzędziem rozwoju własnej kariery są dla nich granty. Prawie 88 proc. młodych naukowców zadeklarowało, że poszukuje informacji na temat grantów, konkursów i stypendiów, a blisko 79 proc. – że ubiega się o grant krajowy.
– W Polsce nie ma zbyt wielu instytucji, które chciałyby wspierać młodych ludzi. Zazwyczaj jednak patrzy się na zwrot z zainwestowanej kwoty. Empiria i Wiedza wychodzi temu naprzeciw – mówi Stefan Janta.
– Empiria i Wiedza jest fundacją powołaną przez Bank Gospodarstwa Krajowego w czasie pandemii, kiedy to wsparcie szeroko rozumianej edukacji było szczególnie potrzebne. Wspieramy zarówno tych, którzy jeszcze nie do końca odkryli swój potencjał, ale też dmuchamy w żagle tym najzdolniejszym – mówi Zuzanna Piasecka.
Wspieranie i inspirowanie młodych ludzi do tworzenia innowacji i realizacji projektów naukowo-badawczych, zwłaszcza w naukach ścisłych i medycynie, to cel zainicjowanego przez fundację programu grantowego „Talenty Jutra”. W tym roku odbyła się jego pierwsza edycja.
– „Talenty Jutra” to program skierowany do młodych ludzi, między 15. a 25. rokiem życia, którzy mają nie tylko pomysł, ale i pierwsze doświadczenia z badaniami, pracują już nad rozwojem swojego wynalazku z obszaru nauk ścisłych i medycyny – mówi prezes Fundacji Empiria i Wiedza.
Do tegorocznej, pierwszej edycji programu napłynęła ponad setka zgłoszeń nowatorskich prac naukowych i wynalazków, w kategoriach takich jak biotechnologia, informatyka i nauki inżynieryjno-techniczne, nauki biologiczne, nauki o zdrowiu i medycyna, nauki chemiczne oraz nauki o Ziemi i środowisku, nauki fizyczne i astronomia. Jury – składające się z 15 naukowców, reprezentujących różne dyscypliny oraz różne uczelnie i instytuty badawcze z całej Polski – wyłoniło spośród nich 50 najlepszych, finałowych projektów.
– Jestem spokojny o przyszłość polskiej nauki, bo w szeregi naukowców poszukujących innowacji wstępują bardzo zdolne osoby, które z pewnością będą godnie nas zastępować i tworzyć naukę na wysokim poziomie, naukę, która rozwiązuje rzeczywiste problemy i potrzeby społeczeństwa. Właśnie w te problemy celują nasi finaliści i laureaci – mówi prof. dr hab. inż. Łukasz Albrecht, prorektor ds. nauki Politechniki Łódzkiej.
Spośród finalistów jury wybrało ostatecznie 20 najlepszych projektów i przyznało im granty o łącznej wartości pół miliona złotych, które ufundował Bank Gospodarstwa Krajowego. Uroczysta gala finałowa, podczas której ogłoszono zwycięzców, odbyła się w tym tygodniu w Planetarium Śląskim w Chorzowie, a udział wzięli w niej polscy i zagraniczni przedstawiciele świata nauki.
– Zapał tych młodych ludzi do uprawiania nauki i prowadzenia badań jest dostatecznie duży, żeby ta nauka w Polsce się rozwijała. Potrzebna jest tylko odpowiednia polityka i wsparcie, żeby ten zapał nie zgasł – podkreśla prof. dr hab. inż. Andrzej Ożyhar, prorektor ds. nauki Politechniki Wrocławskiej.
Jak zauważa, wielu spośród tegorocznych finalistów ma ambicję zmieniania świata na lepsze, co odzwierciedlają prowadzone przez nich projekty i badania.
– Mój projekt jest ukierunkowany głównie na pomoc i wsparcie pacjentów w wieku geriatrycznym. Każdy z nas będzie kiedyś w podeszłym wieku, dlatego istotne są m.in. metody zapobiegania poważnym powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości. Na tym właśnie opiera się mój projekt. Dotychczas nikt nie powiązał ze sobą w sposób molekularny dwóch zagrażających życiu jednostek chorobowych, czyli zespołu kruchości i choroby wieńcowej, która dotyka nawet 25 proc. Polaków. Jest to przełomowe rozwiązanie, które dużo wniesie do współczesnej kardiologii i pozwoli pacjentów z zespołem kruchości traktować w sposób szczególny – mówi Julia Cieśla, laureatka nagrody w jednej z kategorii.
Obok głównych nagród pięciu finalistów programu „Talenty Jutra” otrzymało od fundacji BGK wyróżnienia związane z inicjatywą 3W, czyli woda-wodór-węgiel. Organizatorzy wskazują bowiem, że w nadchodzących latach to właśnie ten obszar gospodarki będzie się intensywnie rozrastał, a te surowce będą punktem wyjścia większości prowadzonych w Polsce badań i wprowadzanych w życie innowacyjnych rozwiązań. Dwie nagrody specjalne związane z inicjatywą 3W trafiły w tym roku do rąk Jakuba Ostrowskiego i Kajetana Grzelki.
– Pierwszy z projektów, wyróżnionych nagrodą specjalną, alokuje technologie węglowe w medycynie. Drugi dotyczy natomiast pozyskiwania z roślin bardzo wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii – precyzuje Maciej Przybyła, dyrektor zarządzający pionem strategii w BGK.
– Mój projekt zatytułowany „Dojenie korzeni” polega na wielokrotnym uzyskiwaniu od roślin związków aktywnych. Jego przełomowość polega na tym, że jest to jedyny taki projekt w Polsce oraz na świecie, który łączy w sobie dwa zagadnienia: elektroporację i solwenty eutektyczne. Elektroporacja to zwiększenie ilości oraz średnicy porów w błonach komórek korzeni roślin pod wpływem prądu elektrycznego. Przez te pory z korzeni rośliny do solwentów eutektycznych, czyli zgodnych ze związkami zawartymi w płynie międzykomórkowym roślin, płyną substancje aktywne, które mogą być dalej badane i na ich podstawie mogą być opracowywane nowe leki czy nowe klasy leków. W przypadku rośliny, którą się zajmuję, to są cztery związki, które mają właściwości m.in. przeciwdepresyjne i przeciwnowotworowe – wyjaśnia Kajetan Grzelka.
Laureaci tegorocznego konkursu „Talenty Jutra” wskazują, że pozyskane w nim granty umożliwią im przede wszystkim kontynuowanie badań i dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.
– Ta wygrana napawa mnie dużym optymizmem i utwierdza w przekonaniu, że kierunek, w którym idę, ma sens, że to może przyczynić się do rozwoju szeregu nowych technologii – dodaje Kajetan Grzelka.
Będąca częścią BGK Fundacja Empiria i Wiedza zapowiada, że tegoroczna edycja programu grantowego była pierwszą, ale nie ostatnią. Kolejny nabór w konkursie ma wystartować w przyszłym roku.
– Chcemy, żeby to był program cykliczny – zapowiada prezes fundacji. – Zwłaszcza że uczestnicy konkursu są bardzo zadowoleni, mamy też bardzo dobry odzew od jury, które jest pod wrażeniem jakości i innowacyjności nadesłanych projektów i wierzy, że ci młodzi ludzie naprawdę będą zmieniać świat.
Sport z rekordowym finansowaniem. Budżet na 2023 rok sięgnie 3,5 mld zł
W 2022 roku wyjątkowo dobre były nie tylko wyniki polskich sportowców, np. tenisistki Igi Świątek, reprezentacji siatkarzy, koszykarzy czy piłkarzy, ale także finanse polskiego sportu. Budżet na 2022 rok zamknął się kwotą 2,4 mld zł, a na 2023 rok wzrośnie o kolejny ponad 1 mld zł. Kluczowym przedsięwzięciem, które zaplanowano na dwa najbliższe lata, ma być budowa tysiąca hal sportowych przy polskich szkołach. Rekordowe wsparcie otrzymają też m.in. Szkolne Kluby Sportowe i certyfikowane szkółki piłkarskie. Największą imprezą, jaka czeka nas w 2023 roku, będą Igrzyska Europejskie w Krakowie. Ubiegły rok pokazał, że z organizacją sportowych wydarzeń dobrze sobie radzimy.
– Rok 2022 zamknęliśmy rekordowym budżetem również w odniesieniu do planu, który przejęliśmy. Ministerstwo Sportu i Turystyki zostało odtworzone w październiku 2021 roku. Wówczas prace budżetowe były już zaawansowane i budżet, który przypadł na część dotyczącą kultury fizycznej, to było 1,7 mld zł. To i tak był budżet znacznie większy niż wykonanie budżetu za 2021 rok, bo było to 1,4 mld, a my zamknęliśmy go kwotą 2,4 mld zł – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Biznes minister sportu i turystyki Kamil Bortniczuk.
Ponad 650 mln zł trafiło w 2022 roku na sport wyczynowy, a 400 mln zł – na sport powszechny. 750 mln zł zasiliło inwestycję w infrastrukturę sportową. 66 mln zł przeznaczono na sport osób z niepełnosprawnościami. W projekcie budżetu na 2023 rok zapisano kwotę dwukrotnie wyższą, niż planowano w roku ubiegłym. Ma to być rekordowe 3,5 mld zł. Dla porównania w 2015 roku budżet nie przekroczył 1 mld zł.
– Wzrosty te wynikają przede wszystkim z szeregu inicjatyw, które wykazujemy w Ministerstwie Sportu i Turystyki i z nowych programów, chociażby największego programu rozwoju infrastruktury sportowej w historii Polski, czyli programu budowy tysiąca nowych hal przy polskich szkołach. W ślad za tym łatwiej nam pozyskiwać środki na te dobre pomysły – wyjaśnia minister.
W 2022 roku pojawiły się takie projekty jak Program Upowszechniania Strzelectwa wśród młodzieży szkolnej, studentów i osób dorosłych, modernizacja kompleksów sportowych „Moje Boisko – Orlik 2012” czy program Tenisowa Polska. Niektóre z nowych inicjatyw będą kontynuowane i rozszerzane również w tym roku. Zapowiadany program budowy tysiąca hal sportowych pochłonie 2 mld zł w latach 2023–2024. Będzie w nim można uzyskać dofinansowanie na poziomie 70 proc. wartości inwestycji, a nabór wniosków rozpocznie się w lutym. To kolejna inicjatywa, która ma na celu promowanie aktywności fizycznej wśród dzieci i młodzieży. Resort sportu ma w swoich planach także wpisanie programu Sportowe Talenty do podstawy programowej w szkołach. W tym roku szkolnym jest on prowadzony pilotażowo w dwóch województwach: opolskim i lubelskim. To narzędzie, które pozwala nauczycielom ocenić potencjał sportowy uczniów.
Promowanie aktywności fizycznej wśród dzieci jest tym bardziej istotne, że na jej niski poziom wskazują dane statystyczne. Z badań przeprowadzonych w ramach czwartej edycji międzynarodowego projektu „Active Healthy Kids”, prowadzonego z udziałem ekspertów z Instytutu Matki i Dziecka, wynika, że zaledwie niespełna 17 proc. polskich dzieci jest umiarkowanie bądź intensywnie aktywne fizycznie przez przynajmniej godzinę dziennie, siedem dni w tygodniu. W skali szkolnej autorzy raportu ocenili ten poziom aktywności na ocenę niedostateczną. Z kolei Najwyższa Izba Kontroli alarmuje, że 14,5 proc. polskich dzieci ma nadwagę, a 7,2 proc. – otyłość.
– To poważne wyzwanie, przed którym stoi cała nasza cywilizacja. Jest bardzo dużo alternatywnych form spędzania wolnego czasu przez młodzież dla aktywności fizycznej, pozornie atrakcyjnych, ale z aktywnością fizyczną nie tylko niezwiązanych, ale wręcz zniechęcających do niej i promujących siedzący tryb życia. Mam tutaj na myśli różnego rodzaju tablety, komputery, konsole do gier, aktywność w internecie. Staramy się na to odpowiadać, wykorzystując również te zdobycze. Program Sportowe Talenty będzie miał odnogę w postaci aplikacji na smartfony, która poprzez grywalizację będzie mogła rozruszać młode pokolenie – zapowiada szef resortu sportu i turystyki.
Do szkół wrócił już Program SKS. Szkolne Kluby Sportowe w 2023 roku mają otrzymać najwyższe w historii wsparcie w wysokości 70 mln zł. W 2022 roku było to 58 mln zł. Dofinansowywane mają też być nadal certyfikowane szkółki piłkarskie.
Rosnący budżet dla sportu w 2023 roku to również efekt inflacji.
– W związku z wojną na Ukrainie mamy do czynienia z kryzysem energetycznym, a to się przekłada na wzrost cen w różnych sektorach, np. wzrost cen energii czy biletów lotniczych. Chcieliśmy zapewnić polskim związkom sportowym, a za ich pośrednictwem polskim sportowcom, takie budżety, które niezależnie od tych negatywnych trendów światowych pozwolą w najgorszym wypadku prowadzić akcje szkoleniowe z taką samą intensywnością jak dotychczas. A w większości przypadków, szczególnie jeżeli mowa o tych związkach, które osiągały sukcesy w ostatnich latach i które promuje algorytm używany do określenia wysokości wsparcia, znacznie większe niż kwota inflacji – podkreśla Kamil Bortniczuk.
W 2022 roku reprezentanci Polski zdobyli łącznie 844 medale na imprezach rangi międzynarodowej w sportach olimpijskich (187 medali), nieolimpijskich (258 medali) i współzawodnictwie osób z niepełnosprawnościami (193 medale). Do największych sukcesów Polaków należy zaliczyć m.in. awans Igi Świątek, która od kwietnia ub.r. jest liderką singlowego rankingu WTA, wicemistrzostwo świata polskich siatkarzy, brązowy medal Dawida Kubackiego na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pekinie, cztery medale Polaków na lekkoatletycznych mistrzostwach świata w USA, mistrzostwo Europy kobiet w rugby 7 w Krakowie, czwarte miejsce polskich koszykarzy na mistrzostwach Europy czy awans piłkarskiej reprezentacji Polski do 1/8 finału mundialu po 36 latach.
– W 2022 roku udało się w sporcie bardzo wiele. Największe sukcesy należą oczywiście do polskich sportowców, którym my we współpracy ze związkami sportowymi tylko stwarzamy warunki do tego, aby się jak najlepiej do swoich występów przygotować. Ale mamy też sukcesy legislacyjne, chociażby związane z dyplomacją sportową i inicjatywami zmierzającymi do tego, aby rosyjski sport objąć sankcjami w związku z tymi haniebnymi czynami, których Rosjanie dopuszczają się na Ukrainie – mówi minister sportu i turystyki. – Cały czas 40 ministrów sportu krajów wolnego świata mówi głosem, który jako pierwszy wybrzmiał w Polsce.
W 2022 roku odbyły się w Polsce 74 imprezy sportowe rangi mistrzostw świata, pucharu świata i zawodów zaliczanych do klasyfikacji światowej. Część imprez została odebrana Rosji w związku z agresją na Ukrainę. Ministerstwo Sportu i Turystyki przeznaczyło na organizację wszystkich wydarzeń 180 mln zł, z czego 120 mln zł dodatkowych środków na imprezy sportowe przejęte od Rosji. Największą imprezą sportową w 2023 roku będą III Igrzyska Europejskie w Krakowie. To 28 dyscyplin, w większości olimpijskich, które zostaną rozegrane w 11 lokalizacjach. 95 proc. dyscyplin będzie się odbywać w randze kwalifikacji olimpijskich i mistrzostw Europy.
Nie uda się przeprowadzić w Polsce reformy systemu opakowań w wymaganym terminie. To oznacza wyższe opłaty mieszkańców za odbiór odpadów
Polska jest jednym z ostatnich krajów Unii Europejskiej, które nie wdrożyły jeszcze systemu rozszerzonej odpowiedzialności producentów, czyli nowych zasad organizacji gospodarki odpadami opakowaniowymi. Czas na jego wprowadzenie mija 5 stycznia 2023 roku, ale mało prawdopodobne, aby udało się go dotrzymać. To oznacza nie tylko groźbę kar ze strony Komisji Europejskiej, ale także wymierne straty społeczne i środowiskowe. Dziś koszty zagospodarowania odpadów opakowaniowych ponoszą głównie mieszkańcy gmin. Zmiany w polskim systemie są pilnie potrzebne również z tego względu, że w UE trwają prace nad zaostrzeniem wymogów dotyczących recyklingu odpadów opakowaniowych.
– Rozszerzona odpowiedzialność producentów powinna zostać wprowadzona do polskiego porządku prawnego do 5 stycznia 2023 roku. Czas ucieka, ale jak wiadomo, trwają przepychanki między różnymi interesariuszami i w tej chwili sytuacja wygląda tak, że dziś nikt nie jest w stanie precyzyjnie powiedzieć, kiedy to zostanie wprowadzone – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Piotr Rękawek, dyrektor biura Stowarzyszenia „Polski Recykling”.
Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą regulacją firmy wprowadzające na rynek produkty opakowane m.in. w tworzywa sztuczne, takie jak folie czy twarde plastiki, powinny partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce prace nad nowym systemem trwają od 2019 roku, kiedy ówczesne Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie. Kilka miesięcy temu utknęły w martwym punkcie po tym, jak projekt rządowej ustawy przygotowanej przez resort klimatu i środowiska znalazł się w ogniu krytyki ze strony przedstawicieli biznesu. Opracowywane przepisy zakładają wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek.
Drugą regulacją dotyczącą odpadów, której Polska nie wdrożyła w terminie narzuconym przez KE, jest dyrektywa plastikowa Single-Use Plastica. Jej zadaniem jest ograniczenie produkcji i stosowania jednorazowych wyrobów plastikowych takich jak sztućce, talerze, kubki czy torby.
– W drugiej połowie grudnia br. Rada Ministrów przyjęła już projekt ustawy wdrażającej Single-Use Plastics, jednocześnie w Sejmie wciąż dyskutowana jest też kwestia systemu kaucyjnego. Dobrze by było, gdyby to wszystko szło w jednym kierunku. Te akty prawne, które są dyskutowane bądź są już w przygotowaniu, powinny być spójne, tymczasem w tej chwili trochę się ze sobą nie zazębiają – zauważa Grzegorz Piotr Rękawek. – W dodatku rok wyborczy prawdopodobnie spowoduje to, że być może część rzeczy znowu trafi do zamrażarki lub będzie tworzona na nowo.
To zaś oznacza, że Polska będzie musiała się liczyć z kolejnymi sankcjami finansowymi ze strony Komisji Europejskiej, ale to niejedyne finansowe konsekwencje, jakie wiążą się z brakiem ROP. System ten, który funkcjonuje już w większości krajów UE, zakłada, że koszty gospodarowania odpadami są dzielone pomiędzy mieszkańców a biznes, który wprowadza na rynek produkty opakowane m.in. w folie czy plastiki. Im więcej dany producent wprowadza na rynek plastikowych opakowań, tym więcej powinien dołożyć się do kosztu późniejszego zagospodarowania odpadów, które z nich powstają. Dzięki temu gospodarstwa domowe są obciążone niższymi opłatami. W Polsce przez brak systemu ROP to gospodarstwa domowe w ramach opłat gminnych wciąż ponoszą wyłączne koszty zbiórki i zagospodarowania odpadów po opakowaniach.
– Szacujemy, że przez brak ROP w polskim systemie gospodarowania odpadami brakuje przynajmniej 5 mld zł z tzw. opłaty opakowaniowej – podkreśla dyrektor biura Stowarzyszenia „Polski Recykling”. – Istnieje ryzyko, że te koszty będą dalej przerzucane na mieszkańców, którzy będą obciążeni coraz wyższymi stawkami.
Oprócz niższych opłat po stronie mieszkańców ROP ma też wymierne korzyści prośrodowiskowe. Wymusza bowiem na producentach oszczędniejsze gospodarowanie surowcami, ograniczenie liczby opakowań wprowadzonych na rynek i rozwój projektowania takich systemów pakowania produktów, które wykorzystują mniej surowców.
– W dłuższej perspektywie brak wdrożenia w Polsce systemu ROP może skutkować karą w postaci tego, że nadal będziemy ponosili wysokie opłaty z tytułu Plastic Levy, czyli odpadów opakowaniowych niepoddanych recyklingowi [obecnie budżet państwa traci z tego tytułu ok. 6 mln zł dziennie – red.] – zauważa Grzegorz Piotr Rękawek.
Te opłaty będą coraz wyższe, ponieważ Komisja Europejska zamierza zastąpić dyrektywę opakowaniową nowym rozporządzeniem, które będzie obowiązywać wprost we wszystkich państwach członkowskich. Nowe przepisy mają zaostrzać wymogi dotyczące tego, w jakiej części dane opakowanie z tworzywa sztucznego ma pochodzić z surowców z recyklingu.
– Rozporządzenie będzie dotyczyć nie tylko opakowań z tworzyw sztucznych, ale też zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. W momencie, kiedy ta regulacja wejdzie w życie, Polska też będzie musiała się liczyć z określonymi konsekwencjami finansowymi z tytułu braku ROP – mówi ekspert.
Głównym celem zaproponowanych pod koniec listopada nowych przepisów dyrektywy jest ograniczenie do 2040 roku odpadów opakowaniowych o 15 proc. na mieszkańca w każdym państwie członkowskim w porównaniu z 2018 rokiem. Doprowadziłoby to do całkowitego zmniejszenia ilości odpadów w UE o prawie 37 proc. w porównaniu ze scenariuszem bez zmiany przepisów.
Z danych KE wynika, że każdy Europejczyk co roku wytwarza średnio prawie 180 kg odpadów opakowaniowych. Bez podejmowania dodatkowych działań ich ilość do 2030 roku wzrosłaby o 19 proc., a w przypadku odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych nawet o 46 proc.
Opakowania są jednym z głównych sposobów wykorzystywania surowców pierwotnych, ponieważ 40 proc. tworzyw sztucznych i 50 proc. papieru używanych w UE jest przeznaczone na opakowania. Wdrożenie zaostrzonych przepisów mogłoby więc zmniejszyć zapotrzebowanie na surowce, ale też emisję gazów cieplarnianych pochodzących z opakowań. Komisja Europejska szacuje, że do 2030 roku możliwa jest jej redukcja do 43 mln t w porównaniu do 66 mln t w sytuacji, gdyby przepisy nie zostały zmienione. Tym samym koszty szkód w środowisku dla gospodarki i społeczeństwa zostałyby zmniejszone o 6,4 mld euro w stosunku do poziomu bazowego.

