Portal 40 Stopni.pl
Firmy decydują się na łączenie pracy stacjonarnej i zdalnej. Ten model okazał się korzystny zarówno dla pracodawców, jak i pracowników
Właściwe wdrożenie w obowiązki i aklimatyzacja w firmie, dbanie o kondycje psychiczną i odpowiedni work–life balance to najważniejsze wyzwania związane z pracą w pandemicznym świecie. Łączenie pracy stacjonarnej i zdalnej może być dobrym rozwiązaniem zarówno dla organizacji, jak i dla pracownika, ale pod warunkiem że uda się zachować odpowiednie proporcje. – Pracodawcy, którzy będą umieli pogodzić potrzebę kontroli czasu pracy i zaufanie do pracownika, będą wygranymi na rynku pracy – mówi Małgorzata Wojciekiewicz, Business Development Manager w HRlink.
Najważniejsze wyzwania dla działów HR, które pojawiają się w kontekście pandemii koronawirusa, wiążą się z onboardingiem, a szczególnie hybrydowym onboardingiem, czyli dotyczącym pracy w systemie łączonym – częściowo stacjonarnej i zdalnej.
– Jeżeli zespół jest rozproszony, to przygotowanie nowego pracownika do obowiązków w firmie może okazać się sporym wyzwaniem. Członek zespołu, który pracuje w domu, nie może podejść do kogoś i zapytać o to, czego mu potrzeba. Ponadto jest coś takiego jak kultura firmy, którą bardzo trudno jest czasami przekazać tylko drogą online, Dlatego pojawia się zjawisko związane z zaangażowaniem i niestety też z rotacją kadr, jeżeli proces onboardingu nie zostanie odpowiednio zabezpieczony – wyjaśnia Małgorzata Wojciekiewicz.
I podkreśla, że według badań ma to wiele wspólnego z tym, czy pracownik zwiąże się z firmą na dłużej i jak szybko będzie gotowy podjąć się nowych zadań na oczekiwanym poziomie.
– W postpandemicznej rzeczywistości na stałe zostanie z nami wykorzystywanie narzędzi online i praca hybrydowa, co jest chyba często spełnieniem marzeń niektórych osób, aby pracować trochę w domu, trochę w biurze. A w efekcie umożliwia to godzenie obowiązków, jak również potrzeb jednej i drugiej grupy – pracowników i pracodawcy – w taki sposób, żeby wszyscy byli usatysfakcjonowani i żeby nie cierpiała na tym ani praca, ani pracownik – dodaje Business Development Manager HRlink.
Z raportu Future Business Institute zatytułowanego „Praca zdalna – rewolucja, która się przyjęła”, wynika, że aż 75 proc. pracowników chce, aby po zakończeniu pandemii praca zdalna była łączona z pracą biurową. Dla 12 proc. respondentów mogłaby być głównym sposobem świadczenia pracy, a 6 proc. uznało, że praca zdalna powinna zastąpić stacjonarną.
Podobnie jest w przypadku studentów, którzy w najbliższych latach wejdą na rynek pracy. Jak pokazuje raport „First steps into the labour market” przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, prawie połowa młodych ludzi z Polski najchętniej pracowałaby zdalnie przez jeden–dwa dni w tygodniu, a 26 proc. więcej niż tydzień w miesiącu. Z kolei 12 proc. studentów chciałoby pojawiać się w biurze codziennie, a tylko 4 proc. woli pracę z domu.
Niewielki odsetek zwolenników całkowitej pracy zdalnej nie dziwi, gdyż jej nadmiar powoduje różnego rodzaju problemy związane z izolacją i samotnością, np. brakiem okazji, aby wypić kawę w towarzystwie współpracowników, oraz właściwym oddzieleniem pracy od życia rodzinnego.
– Okazuje się, że to są ważne elementy, które dla pracowników były być może wcześniej niedostrzegane, dzisiaj coraz bardziej doceniane i pracodawcy zastanawiają się, jak pogodzić pracę w domu i potrzebę osobistych kontaktów. Z pewnością pomocny będzie jakiś system motywacji do tego, żeby pracownicy jednak się spotykali, bo to jest ważne dla kultury organizacyjnej – dodaje Małgorzata Wojciekiewicz.
Kolejny element, który stanowi problem w czasie pandemii, to dbanie o dobrostan pracowników i w tym zakresie rynek usług HR będzie się rozwijał. Już dziś powstają firmy, serwisy, start-upy, które są dedykowane właśnie obszarom zabezpieczenia potrzeb pracowników w zakresie zdrowia psychicznego i komfortu pracy, bez względu na to, czy pracują z domu, czy z biura.
– Cała branża wsparcia psychologicznego pracuje intensywnie na rzecz wsparcia pracowników i dzisiaj pracodawcy też otwarcie o tym rozmawiają. I myślę, że to będzie się rozwijało. Są systemy, programy, aplikacje, które pozwalają się odstresować podczas rozmowy z nowoczesną sztuczną inteligencją – wymienia ekspertka.
Komunikacja online pozostanie już stałym elementem rekrutacji i ten obszar również będzie się rozwijał. Ważna będzie automatyzacja procesu rekrutacji po stronie pracodawcy w taki sposób, aby pozyskać pracownika dopasowanego do danej kultury w firmie. Z kolei komunikacja powinna się koncentrować na tym, co jest ważne w komunikacji międzyludzkiej, np. wartościowy feedback po rozmowie rekrutacyjnej. Wszystko po to, aby kandydat wiedział, dlaczego nie został przyjęty.
– Dla niektórych pandemia była swego rodzaju nauką i pokazała, jak może wyglądać praca i jakie korzyści wynikają z tego, co nas spotkało w tym trudnym czasie. I mam nadzieję, że ci, co nie będą chcieli wracać do biur, będą mogli korzystać z dobrodziejstw pracy zdalnej z dowolnego miejsca – podsumowuje Business Development Manager HRlink.
Dachy z instalacją fotowoltaiczną mogą stwarzać zagrożenie pożarowe. Zastosowanie istniejących przepisów niweluje to ryzyko
W Polsce gwałtownie przybywa instalacji fotowoltaicznych. W maju tego roku powstało ich aż 29,5 tys., a moc zainstalowana sięga już 5 GW. To m.in. efekty rządowych programów, które mają na celu zwiększenie efektywności energetycznej budynków i osiągnięcie neutralności klimatycznej. Na montaż paneli na dachach decyduje się wielu właścicieli domów jednorodzinnych, tymczasem poziom wymaganych przepisami zabezpieczeń przeciwpożarowych od lat pozostaje w ich przypadku niezmieniony. Dlatego eksperci Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego NIzO (Nie Igraj z Ogniem) alarmują: – Jak każda instalacja elektryczna fotowoltaika może stać się źródłem pożarów, do których przyczyniają się również np. błędy instalacyjne czy brak serwisowania. Między innymi dlatego warto zadbać o odpowiednie zabezpieczenia dachów i poddaszy.
Od kilku lat w Polsce trwa boom na instalacje fotowoltaiczne. Ich liczba z roku na rok rośnie dwu-, trzykrotnie. Wzrost zainteresowania użytkowników napędzają m.in. rządowe programy takie jak Mój Prąd, w ramach którego można otrzymać dofinansowanie do takiej inwestycji. W połączeniu z odpowiednią izolacją budynku i pompą ciepła panele mogą stanowić źródło ogrzewania, dzięki czemu dom staje się bardziej efektywny energetycznie.
– Obecnie na rynku obserwujemy dynamiczny wzrost liczby systemów fotowoltaicznych na dachach budynków, zarówno budynków jednorodzinnych, wielorodzinnych, jak i hoteli czy biur – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Monika Hyjek, ekspertka ds. bezpieczeństwa pożarowego ze Stowarzyszenia NIzO. – Popularność fotowoltaiki pociąga za sobą również wzrost liczby pożarów od takich instalacji. Musimy mieć bowiem świadomość, że instalacje fotowoltaiczne, tak samo jak każde inne instalacje elektryczne, mogą być źródłem pożaru. Przyczyną tego są najczęściej błędy montażowe lub też uszkodzenia, które powstały na etapie użytkowania takich instalacji.
Domy jednorodzinne są największą grupą budynków w Polsce. Przepisy techniczno-budowlane zwalniają ich właścicieli z wielu przepisów dotyczących bezpieczeństwa pożarowego. Dla takich budynków nie ma konieczności określania klasy odporności pożarowej, a co za tym idzie podstawowej klasy odporności ogniowej elementów takiego budynku, jak również wymagań dotyczących rozprzestrzeniania ognia dla tych elementów.
– Przepisy techniczno-budowlane niestety nie stawiają żadnych wymagań szczegółowych dla dachów, na których stoi instalacja fotowoltaiczna, jednakże jest ogólny przepis, dzięki któremu nasz dach może być bezpieczny nawet z instalacją fotowoltaiczną – wskazuje Monika Hyjek.
Jak podkreśla, należy pamiętać, że nie ze wszystkich przepisów dotyczących bezpieczeństwa pożarowego inwestorzy są zwolnieni.
– Istnieje przepis ogólny, który nakazuje oddzielenie palnej konstrukcji lub palnego przekrycia od wnętrza budynku przegrodą, która ma odpowiednią klasę odporności ogniowej, niezależnie od tego, czy na takim dachu stoi instalacja fotowoltaiczna, czy nie. Przepis ten obowiązuje zarówno w budynkach jednorodzinnych, wielorodzinnych, jak i w budynkach biurowych czy hotelach i pensjonatach – wszędzie tam, gdzie poddasze użytkowe przeznaczone jest na cele mieszkalne lub biurowe – wskazuje ekspertka. – Jego realizacja pozwala na opóźnienie rozwoju pożaru, a tym samym na zwiększenie czasu na zawiadomienie straży pożarnej i rozpoczęcie akcji ratowniczo-gaśniczej, a przede wszystkim na ewakuację. To są minuty, które mogą uratować życie.
Paragraf 219 ustęp 2 tzw. warunków technicznych nakazuje oddzielenie palnej konstrukcji i palnego przekrycia dachu przegrodą o klasie odporności ogniowej EI 30 w budynkach niskich i EI 60 w budynkach średniowysokich i wysokich. Przepis ten obowiązuje w budynkach Zl III, Zl IV i ZL V, w których poddasze przeznaczone jest na cele biurowe lub mieszkalne. Zabezpieczenie poddasza i dachu jest szczególnie istotne w momencie instalowania paneli fotowoltaicznych, o czym powinni pamiętać nie tylko architekci, lecz także właściciele np. domów jednorodzinnych, którzy planują inwestycję w energię słoneczną.
– O zastosowaniu tego przepisu powinni pamiętać przede wszystkim architekci, projektanci, ale również dotyczy on właścicieli i zarządców budynków, szczególnie takich, na których dachach planowana jest instalacja fotowoltaiczna – wskazuje Monika Hyjek.
Najczęstszą przyczyną pożarów spowodowanych przez panele fotowoltaiczne są błędy instalacyjne i brak serwisowania. Dlatego dach, na którym je zainstalowano, oraz poddasze, nad którym się znajdują, powinny być odpowiednio zabezpieczone. Dotyczy to m.in. zapewnienia odporności ogniowej przekrycia dachu (z niepalnych materiałów lub co najmniej niepalnej izolacji cieplnej) oraz oddzielenia przekrycia od wnętrza budynku przegrodą o odpowiedniej odporności ogniowej.
– Realizacja tego przepisu polega na wykonaniu dachu zgodnie z klasyfikacją w zakresie odporności ogniowej. W dokumentach tych znajdują się pewne ograniczenia, pewne warunki brzegowe, których spełnienie pozwala na zapewnienie odpowiedniego poziomu odporności ogniowej dla takiego przekrycia. Dostępne na rynku klasyfikacje nakazują m.in. ocieplenie takiego przekrycia izolacją z wełny skalnej, w niektórych przypadkach szklanej. Oznacza to, że nie dopuszcza się izolacji takiego przekrycia izolacją z pianki poliuretanowej lub celulozy – wskazuje ekspertka ds. bezpieczeństwa pożarowego ze Stowarzyszenia NIzO.
Statystyczny Polak zjada rocznie 70 kg mięsa, dwukrotnie więcej, niż zaleca WHO. Ograniczenie spożycia jest konieczne ze względu na zdrowie, lecz także zmiany klimatyczne
Spożycie mięsa w Polsce jest dwukrotnie większe niż zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia. Statystyczny Polak zjada około 70 kg mięsa rocznie. Masowa konsumpcja i ingerencja rolnictwa w środowisko przyczyniają się do jego degradacji. Coraz bardziej dbający o zdrowie i środowisko konsument powinien sprzyjać rozwojowi fleksitarianizmu i zrównoważonej produkcji. Konieczność zmian dostrzega producent mięsa Goodvalley. Firma już w 2013 roku osiągnęła zerowy ślad węglowy, co oznacza, że wyprodukowała tyle „zielonej energii”, by zrównoważyć emisję gazów cieplarnianych powstających w procesie produkcji.
– Polacy jedzą zdecydowanie za dużo mięsa. Średnio 70 kilogramów na osobę rocznie to ponad dwa razy więcej, niż zaleca Światowa Organizacja Zdrowia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Nowak, dyrektor generalny Goodvalley. – Powinniśmy jeść mniej mięsa przede wszystkim ze względu na zmiany klimatyczne. Produkcja mięsa powoduje dużą emisję gazów cieplarnianych, rolnictwo to około 15–20 proc. całej emisji. I druga rzecz to nasze zdrowie. Aby zaspokoić nasze potrzeby żywieniowe, wystarcza 700 gramów w tygodniu, około 35 kg rocznie, nie 70–80 kg.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że Polacy ograniczają spożycie mięsa, jednak bardzo powoli. Sięgają przy tym głównie po dwa gatunki: drób i wieprzowinę. W 2010 roku statystyczny konsument zjadał 5,57 kg mięsa miesięcznie, czyli niemal 67 kg rocznie. Dziewięć lat później (ostatnie dostępne dane) było to 5,08 kg w miesiącu, czyli niespełna 61 kg w roku. Surowego mięsa kupowaliśmy niemal 3 kg co miesiąc, w tym więcej niż połowę stanowił drób. Niemal 2 kg spożywaliśmy w postaci wędlin i innych przetworów mięsnych. To wciąż znacznie więcej niż wskazania WHO.
– My fleksitarianie skupiamy się na tym, żeby dokonywać świadomych wyborów, czyli jemy mniej mięsa, ale dbamy o to, jakie mięso wybieramy. Jemy też więcej warzyw, więcej owoców, mięso jest dodatkiem, nie jemy też go codziennie, ale skupiamy się na tym, żeby to było dobre mięso, od sprawdzonych dostawców – tłumaczy Paweł Nowak. – Natura nie lubi skrajności. Nie musimy popadać w skrajność z jednej strony, czyli być weganinem, nie jeść w ogóle produktów zwierzęcych, a z drugiej strony bezmyślnym mięsożercą, niezastanawiającym się, co wkłada na talerz i co spożywa. Dieta fleksitariańska to taki złoty środek.
Dieta fleksitariańska polega na ograniczeniu spożycia mięsa i wybieraniu jego lepszej jakości, produkowanego w sposób nieszkodzący środowisku naturalnemu. Firma Goodvalley, producent mięsa wieprzowego i jego przetworów w modelu „od pola do stołu”, osiąga ten cel m.in. poprzez uprawę w taki sposób, by nie uwalniać tlenku azotu podczas orki, ograniczenie transportu dzięki bliskim lokalizacjom poszczególnych etapów produkcji czy wykorzystanie dronów do przeprowadzania zabiegów kultywacyjnych na polach, w miejscach, w których jest to konieczne. Stosuje również GPS-y do śledzenia tras maszyn rolniczych, by móc zoptymalizować ich przebieg, oraz stosuje opakowania pochodzące z recyklingu.
– Świadomych wyborów dokonują przede wszystkim konsumenci, ale odpowiedzialność jest również po stronie producentów. Dzisiaj zrównoważenie odmieniamy na wszelkie sposoby, przez wszystkie przypadki, a to nie chodzi o mówienie, my producenci powinniśmy działać. Zrównoważona produkcja to nie potrzeba, to konieczność. Zmiany klimatyczne zachodzą tu i teraz, nie mamy wiele czasu, trzeba już działać dzisiaj – podkreśla dyrektor generalny Goodvalley.
Producent jako pierwszy dostawca mięsa i jego przetworów osiągnął zerowy ślad węglowy już w 2013 roku, ograniczając z jednej strony emisję podczas uprawy, hodowli, przetwórstwa i transportu, a z drugiej – produkując zieloną energię w biogazowniach rolniczych. Przy tym pierwotny ślad węglowy w przypadku Goodvalley wynosi zaledwie 2,4 kg na kilogram wyprodukowanego mięsa, podczas gdy średnia dla UE to 4,25 kg.
W 2020 roku firma zneutralizowała więcej gazów cieplarnianych, niż wyprodukowała.
– Nasz pierwotny ślad węglowy to połowa średniego śladu w Unii Europejskiej. Natomiast ten ślad węglowy musimy skompensować w naszych biogazowniach rolniczych, produkując zieloną energię dla 40-tysięcznego miasta. Pokazujemy w Goodvalley, że można, i mamy nadzieję, że inni też zobaczą, że można – przekonuje Paweł Nowak.
Polska najbardziej rozbudowanym rynkiem ciepłowniczym w Europie. Branża skupia się na rozwoju źródeł niskoemisyjnych
– Polskie ciepłownictwo musi się rozwijać w kierunku źródeł niskoemisyjnych i rozszerzenia pakietu usług dla klientów. To już nie tylko ciepło, ale szerszy pakiet usług dodatkowych, których klienci od nas oczekują. Wśród wyzwań jest na pewno cyfryzacja, elastyczne taryfowanie klientów, zawieranie umów bilateralnych już bez nadzoru Urzędu Regulacji Energetyki. W tym kierunku ciepłownictwo będzie się rozwijać – powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej, podczas II Kongresu Kogeneracji zorganizowanego przez Polskie Towarzystwa Elektrociepłowni Zawodowych. Branża ciepła systemowego podkreśla, że to właśnie kogeneracja oparta na gazie jest dla niej naturalnym etapem w drodze do pełnej dekarbonizacji, ale w nadchodzących latach czekają ją też inne, duże inwestycje, m.in. w nowe usługi, podyktowane rosnącymi oczekiwaniami klientów.
– Stoimy przed wyzwaniami, które są szalenie ważne dla przyszłości branży ciepłowniczej w Polsce, aby mogła ona dalej funkcjonować i zapewniać bezpieczeństwo energetyczne. Polska jest specyficznym rynkiem, jeśli chodzi o ciepłownictwo. Jesteśmy pod tym względem unikatowym, najbardziej rozbudowanym rynkiem w Europie. W dużej mierze, w większości naszych przedsiębiorstw ciepło jest produkowane w kogeneracji, czyli procesie jednoczesnego wytwarzania energii cieplnej i energii elektrycznej. Jest to najbardziej efektywny proces produkcji, który powoduje, że straty energii są jak najmniejsze, a emisja oczywiście dużo niższa – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Co istotne, kogeneracja oparta na paliwie gazowym jest – obok rozwoju OZE – skutecznym narzędziem w walce z emisją CO2 i jednym z rozwiązań technologicznych, które wpisują się w wymogi polityki klimatycznej UE. Miejsce dla kogeneracji – zarówno w ramach systemów ciepłowniczych, jak i elektroenergetycznych – zostało też przewidziane w unijnym pakiecie Fit for 55.
Specyfiką polskiego ciepłownictwa jest też to, że funkcjonuje w nim najwięcej w Unii Europejskiej systemów ciepłowniczych o dużych mocach. Jak wskazuje branża, najlepszym kierunkiem transformacji dla tego typu systemów są jednostki kogeneracyjne oparte na paliwach gazowych. A propozycja ich dzielenia w celu wykorzystania niskomocowych rozwiązań OZE nie ma ekonomicznego uzasadnienia.
– Dzisiaj jesteśmy skupieni na okresie przejściowym, w którym wprowadzamy do naszego mixu paliwowego gaz w większym procencie – mówi Elżbieta Kowalewska, dyrektor Oddziału Wybrzeże w PGE Energia Ciepła. – W ramach PGE Energia Ciepła budujemy też kotły elektrodowe do produkcji ciepła w okresie rezerwy bądź szczytu energetycznego. I z dumą powiem, że pierwsze takie wdrożenie, pilotaż, będzie mieć miejsce w Gdańsku w tym sezonie zimowym. Z punktu widzenia Pomorza – nie wprowadzimy do atmosfery ani grama CO2. I jeżeli zazielenimy tę energię, np. wykorzystując energię elektryczną wyprodukowaną w morskich farmach wiatrowych – to właśnie będzie odpowiedź na wyzwania, które nas czekają.
Założone jeszcze na początku lat 90. Polskie Towarzystwo Elektrociepłowni Zawodowych skupia elektrociepłownie, które produkują ciepło i energię elektryczną w kogeneracji. W tej chwili należy do niego ponad 150 członków, a celem PTEZ jest promowanie i rozwijanie kogeneracji jako najbardziej wydajnej i bezpiecznej dla środowiska technologii wytwarzania ciepła i energii.
PTEZ działa na rzecz tego, aby – tam gdzie jest to uzasadnione – wymieniać istniejące ciepłownie i kotłownie właśnie na jednostki kogeneracyjne. W tym tygodniu, podczas II Kongresu Kogeneracji w Kazimierzu Dolnym, PTEZ obchodziło jubileusz 30-lecia swojej działalności, w którym wzięli udział m.in. wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba, wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń i prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin.
– 30 lat PTEZ to przede wszystkim możliwość wymiany poglądów, kreowania rzeczywistości energetycznej i rozwiązywania wspólnych problemów. W ciągu tych 30 lat nasza spółka zmieniła się w fantastyczny sposób. Kiedyś skupialiśmy się wyłącznie na energetyce, a kiedy w 1997 roku weszło w życie Prawo energetyczne, wyszliśmy poza nasz obszar i stworzyliśmy departamenty handlowe, stając się nie tylko spółką produkcyjną, ale i handlową. Dzisiaj jesteśmy w miastach i regionach, gdzie aktywnie działamy na rzecz walki o czyste powietrze i mamy już pomysł na jutro. Myślę, że kolejnych 30 lat jawi się w zielonych barwach, mówiąc nie tylko dosłownie o zazielenieniu systemów ciepłowniczych, ale również o świetnych perspektywach przed nowym pokoleniem energetyków – mówi Elżbieta Kowalewska.
Ciepłownicy rozmawiali w Kazimierzu Dolnym nie tylko o ostatnich 30 latach, ale i kolejnych wyzwaniach dla branży, która w Polsce wciąż opiera się głównie na węglu. Dlatego największym wyzwaniem nadchodzących lat jest dla niej dekarbonizacja i konieczność spełnienia wymogów polityki klimatycznej UE. Według szacunków Forum Energii łączna moc instalacji opartych na węglu (w ciepłownictwie systemowym i indywidualnym), koniecznych do wycofania przed 2030 rokiem, sięga ok. 84 GWt.
W Polsce od 2019 roku obowiązuje nowy, zatwierdzony przez KE system wsparcia dla wysokosprawnej kogeneracji, oparty już nie na certyfikatach pochodzenia, ale aukcjach i naborach oraz systemie premii gwarantowanej i premii gwarantowanej indywidualnej. Nowy system wsparcia ma się przyczynić do rozwoju kogeneracji i ciepła systemowego w Polsce, a ustawodawca szacuje, że do 2030 roku przyrost nowych mocy kogeneracyjnych wyniesie ok. 5 GW.
Branża wskazuje, że – oprócz wdrażania kolejnych projektów uwzględniających wymianę węglowych kotłów ciepłowniczych na jednostki kogeneracyjne wykorzystujące paliwo gazowe – w nadchodzących latach czekają ją też inne wyzwania, wymagające sporych nakładów finansowych. Do najważniejszych zalicza się cyfryzacja i konieczność rozwijania nowych usług, podyktowanych oczekiwaniami klientów.
– Musimy być coraz bardziej elastyczni, nasi klienci oczekują coraz szerszego wachlarza usług. Dzisiaj klient nie oczekuje od nas już tylko tego, żebyśmy zapewnili mu ciepło, chce także innych usług. Nie wspominając już o inteligentnych sieciach, czyli smart grid i cyfryzacji, która także postępuje w ciepłownictwie tak jak we wszystkich branżach. Za kilka lat takie rozwiązania jak np. możliwość sterowania ciepłem w domu za pomocą smartfona będą pewnie czymś naturalnym. Tak więc wyzwań inwestycyjnych jest mnóstwo, ale mam nadzieję, że przy wsparciu URE i administracji rządowej uda się te cele osiągnąć w zamierzonym czasie i tak, abyśmy mogli dalej produkować energię cieplną, zapewniać bezpieczeństwo energetyczne naszym klientom i dostarczać im usługę jak najwyższej jakości w akceptowalnej dla nich cenie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Brakuje młynarzy. Mimo że ich zarobki są nawet dwa razy wyższe od średniej krajowej
Polska będzie refundować jedną z najnowocześniejszych terapii na świecie. To szansa na całkowite wyleczenie ostrej białaczki
Terapia CAR-T wykorzystuje zaawansowaną inżynierię genetyczną i własny układ odpornościowy pacjenta do niszczenia komórek nowotworowych. To aktualnie jedna z najnowocześniejszych metod leczenia, którą określa się mianem przełomu w walce z nowotworami. W Europie jest dostępna już od kilku lat, w Polsce po raz pierwszy zastosowano ją wiosną ubiegłego roku u dziecka z oporną białaczką limfoblastyczną, dzięki czemu udało się doprowadzić do niemal pełnego wyleczenia. Teraz podobną szansę dostaną też inni pacjenci, bo od września terapia CAR-T będzie refundowana przez NFZ.
– Terapia CAR-T to najbardziej zaawansowana forma immunoterapii komórkowej – czyli wykorzystania własnych komórek odpornościowych pacjenta do walki z nowotworem – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Sebastian Marian Giebel, kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, oddział w Gliwicach.
CAR-T to przygotowywana indywidualnie, jednorazowa terapia genowo-komórkowa, która do walki z nowotworem wykorzystuje układ odpornościowy pacjenta i jego zmodyfikowane genetycznie limfocyty T. Pobrane od pacjenta za pomocą leukaferezy limfocyty są przeprogramowywane w laboratorium, dzięki czemu zyskują dodatkowy receptor – tzw. chimerowy receptor antygenowy, który w sposób celowany rozpoznaje, wychwytuje i niszczy komórki nowotworowe. Zmodyfikowane limfocyty są namnażane i trafiają z powrotem do krwi pacjenta, gdzie rozpoznają komórki nowotworowe, przyłączają się do nich i aktywnie je niszczą.
– Infuzja komórek CAR-T odbywa się dożylnie, trwa kilkanaście minut i przypomina przetoczenie składników krwi czy też przetoczenie komórek krwiotwórczych przy transplantacjach. Sam zabieg nie jest więc szczególnie wymagający. Potencjalnie trudnym okresem są za to pierwsze tygodnie po infuzji, kiedy trzeba liczyć się z możliwością wystąpienia powikłań – mówi prof. Sebastian Marian Giebel. – Oferujemy jednak pacjentom możliwość wyleczenia, pozbycia się choroby raz na zawsze. To właściwie jedyna metoda, która stwarza pacjentom taką szansę.
CAR-T to szansa zwłaszcza dla tych pacjentów, u których wykorzystane zostały wszystkie inne metody leczenia i nie ma dla nich już żadnej alternatywy. Terapia daje im szansę na wydłużenie życia, a nawet całkowite wyleczenie choroby. Taką grupą chorych są np. dzieci i pacjenci do 25. roku życia z oporną bądź nawracającą ostrą białaczką limfoblastyczną z komórek B.
– U chorych na ostrą białaczkę limfoblastyczną szansa wyleczenia jest szacowana na 50 do 60 proc. I mówimy tu o sytuacji, kiedy wcześniej zawiodły już wszystkie inne formy terapii. Jest to coś wspaniałego, co ma charakter absolutnie przełomowy – podkreśla kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii w Gliwicach. – Szacuje się, że każdego roku w Polsce pojawia się około 20 pacjentów, którzy potrzebują tego rodzaju leczenia – w tym ok. 15 dzieci i 5 dorosłych w wieku do 25 lat.
– Terapia CAR-T zdecydowanie zmieniła szanse na wyleczenie dzieci z oporną postacią ostrej białaczki limfoblastycznej B-komórkowej. Dla tych dzieci wcześniej nie było żadnych szans, one wykorzystały już wszelkie możliwości terapeutyczne, przeszczepy – czasem nawet kilka przeszczepień – i inne drogie, czasami bardzo innowacyjne leki, które również nie dały rady. Terapia CAR-T dała im nadzieję – dodaje prof. Krzysztof Kałwak z kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei”, Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu.
W Europie terapie CAR-T zostały po raz pierwszy zarejestrowane już kilka lat temu. W Polsce natomiast pierwsze dziecko, pacjent „Przylądka Nadziei”, otrzymał komórki CAR-T 3 marca 2020 roku. Dzięki terapii – po siedmiu latach od rozpoczęcia leczenia bardzo opornej białaczki – udało się u niego uzyskać wreszcie ujemną chorobę resztkową. Od tego czasu terapię CAR-T zastosowano jeszcze u kilkorga małych pacjentów.
– Dzięki wsparciu społeczeństwa, bo do tej pory nie było refundacji, udało nam się zastosować tę terapię już u dziewięciorga dzieci, a 10. pacjent otrzymał komórki w miniony czwartek. Tak więc łącznie mamy dziesięcioro dzieci, którym daliśmy nadzieję. Wszystkie, poza ostatnim, są już w domach i mają się dobrze – mówi prof. Krzysztof Kałwak.
Mali pacjenci ośrodka „Przylądek Nadziei” otrzymali terapię CAR-T w ramach leczenia komercyjnego (dzięki hojności społeczeństwa i zbiórkom organizowanym przez siepomaga.pl i Fundację „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”), bo do tej pory nie była ona w Polsce refundowana. To się jednak zmieni, ponieważ 17 sierpnia terapia CAR-T we wskazaniu nawrotowej lub opornej na leczenie ostrej białaczki limfoblastycznej z komórek B u dzieci i dorosłych przed 25. rokiem życia została umieszczona na liście leków refundowanych. Ma ona obowiązywać już od 1 września br.
– Wreszcie będziemy mogli zaoferować tę terapię wszystkim potrzebującym i nie będziemy uzależnieni od zbiórek, które trwają czasami tygodniami – mówi zastępca kierownika kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei”.
– Refundacja terapii CAR-T w ostrej białaczce limfoblastycznej to podarunek życia dla małych pacjentów i ich rodzin. To przełom, który dzieje się na naszych oczach. Takie terapie pojawiają się w medycynie bardzo rzadko, raz na kilkadziesiąt lat. Na świecie pierwsza pacjentka, u której zastosowano tę terapię, w maju obchodziła dziewiątą rocznicę powrotu do zdrowia, jest szczęśliwą i zdrową nastolatką. Tym bardziej cieszy, że – dzięki pozytywnej decyzji Ministerstwa Zdrowia – mali pacjenci i ich rodziny w Polsce też otrzymują właśnie szansę obchodzenia takich radosnych rocznic – dodaje Marta Wielondek, dyrektor generalna Novartis Oncology w Polsce.
Jak zauważa adwokat Katarzyna Bondaryk, refundacja terapii CAR-T ma w Polsce charakter przełomowy i jest nowością dla całego systemu refundacyjnego. Do tej pory ustawa nie przewidywała możliwości refundacji leku, który jest wytwarzany bezpośrednio z krwi pacjenta.
– Po raz pierwszy mamy tu do czynienia z tzw. lekiem terapii zaawansowanej, czyli terapią zindywidualizowaną. Do tej pory nie ma zrefundowanego żadnego innego produktu leczniczego, który jest wytwarzany z komórek pacjenta. To jest lek, którego nie możemy użyć u innego chorego, dlatego potrzebne były różne regulacje, dotyczące m.in. pobierania limfocytów, bankowania czy dystrybucji wytworzonego leku bezpośrednio do pacjenta. Przepisy o refundacji nie zauważają też specyfiki produktów leczniczych i terapii zaawansowanej, dlatego potrzebna była duża otwartość ze strony Ministerstwa Zdrowia, żeby znaleźć ten właściwy tryb i chcieć procedować wniosek refundacyjny w trybie tzw. standardowym. Mieliśmy tu niestandardowy produkt leczniczy, coś bardzo innowacyjnego, czego do tej pory ustawa o refundacji nie zauważała – mówi Katarzyna Bondaryk.
Terapie CAR-T to aktualnie jedna z najnowocześniejszych metod leczenia, którą określa się mianem przełomu w walce z nowotworami. Na całym świecie toczy się w tej chwili kilkaset badań klinicznych z zastosowaniem różnych wariantów terapii CAR-T, w różnych wskazaniach.
– Rejestracja dotyczy już kilku preparatów w trzech różnych jednostkach chorobowych i spodziewamy się, że te wskazania będą się poszerzały. W opinii wielu ekspertów, w tym w mojej, ta terapia w perspektywie kilkunastu lat może stać się dominująca i ma szansę wyprzeć inne formy leczenia systemowego, takie jak chemioterapia – mówi prof. Sebastian Marian Giebel z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie.
ARP: Polska gospodarka jest przygotowana na czwartą falę pandemii. Duży udział mają w tym polskie firmy
– Jeśli jesienią pojawi się czwarta fala pandemii, być może będzie pewne spowolnienie, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu. Stabilność polskiej gospodarki potwierdza agencja ratingowa Fitch, która pod koniec sierpnia podwyższyła prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021 roku, jednocześnie utrzymując długoterminowy rating A- z perspektywą stabilną. To oznacza wysoki poziom odporności na koronakryzys, do czego przyczyniły się m.in. ponad 312 mld zł, jakie trafiły do polskich firm w ramach tarcz antykryzysowych. Niebagatelną rolę w wychodzeniu z kryzysu odegrały też spółki Skarbu Państwa.
– W II kwartale nastąpiło bardzo szybkie odbicie gospodarcze, mamy PKB 10,9 proc., co jest niespotykane w naszej historii. I to jest związane z inwestycjami. Spółki Skarbu Państwa nie tylko zwiększyły swoje przychody, ale nastąpiła też pewna zmiana myślenia, że ta poduszka finansowa, którą uzyskały w zeszłym roku, zabezpieczyła pewną mądrość decyzji. I te decyzje miały miejsce w tym roku, prawdopodobnie będą też następować w kolejnych kwartałach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezariusz Lesisz.
W II kwartale br. nastąpiło rekordowe odbicie polskiego PKB. Jak podał GUS, krajowa gospodarka wzrosła o 1,9 proc. w ujęciu kwartalnym i aż o 10,9 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej. Choć to w dużej mierze zasługa niskiej, ubiegłorocznej bazy – pierwszego pandemicznego kwartału – dalsze prognozy są optymistyczne. 27 sierpnia agencja ratingowa Fitch poinformowała też o utrzymaniu długoterminowego ratingu Polski w walucie obcej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Według agencji odzwierciedla ona odporność polskiej gospodarki na szok spowodowany pandemią koronawirusa. Jednocześnie Fitch podwyższył też swoje prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021, 4,5 proc. w 2022 oraz 3,8 proc. w 2023 roku.
Według Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na walkę z pandemią tylko do lutego br. rząd przeznaczył już ponad 312 mld zł w ramach tarcz antykryzysowych – czyli pakietu instrumentów pomocowych dla pracowników i pracodawców. Ponad 182 mld zł trafiło na ratowanie miejsc pracy, dzięki czemu zabezpieczono ich ok. 6 mln. Duża w tym zasługa krajowych firm, które w trakcie koronakryzysu skorzystały z rządowych tarcz i walczyły o utrzymanie zatrudnienia.
– Bezpieczeństwo to jest po prostu utrzymanie miejsc pracy, natomiast dla przedsiębiorcy bezpieczeństwo oznacza możliwość utrzymania płynności finansowej. Pandemia rozpoczynała się w marcu i nikt dokładnie nie wiedział, kiedy się zakończy. Udostępnienie funduszy z Grupy PFR pomogło utrzymać tę płynność i zatrudnienie. Decyzje rządu były słuszne i bardzo szybkie – podkreśla prezes Agencji Rozwoju Przemysłu.
Według niego obecnie największym zagrożeniem dla krajowej gospodarki jest czwarta fala pandemii COVID-19 i związane z nią ryzyko kolejnego lockdownu. Rząd nakreślił już scenariusze awaryjne na wypadek skokowego wzrostu zakażeń na przełomie września i października, po powrocie uczniów do szkół. Według przewidywań resortu zdrowia w czarnym scenariuszu dzienna liczba zachorowań w Polsce może sięgnąć nawet ok. 15 tys. Z medialnych doniesień wynika, że wśród obostrzeń planowanych przez rząd jest m.in. zakaz zgromadzeń i zakaz organizacji imprez towarzyskich.
– Decyzje Ministerstwa Zdrowia i Kancelarii Premiera są adekwatne do sytuacji. Niewątpliwie powinien być większy udział zaszczepionych i być może pewne zawody powinny być szczepione obowiązkowo, natomiast w kontekście przemysłu i gospodarki – myślę, że nie będzie już takiego lockdownu i zapaści, jaka miała miejsce wiosną ubiegłego roku. Być może będzie pewne spowolnienie, gdyby pojawiła się czwarta fala, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz.
Agencja Rozwoju Przemysłu, w ramach jednej z tarcz antykryzysowych, dysponuje budżetem 1,7 mld zł na wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw dotkniętych skutkami pandemii. Mogą się one ubiegać m.in. o finansowanie dłużne na komercyjnych warunkach. Tylko w I kwartale tego roku ARP udzieliła polskim przedsiębiorstwom finansowania o łącznej wartości ponad 45 mln zł.
– W dalszym ciągu mamy fundusze, które są do dyspozycji. Do tej pory złożono ponad 510 wniosków o wsparcie, na kwotę ok. 1,2 mld zł. Tak więc do dyspozycji jest jeszcze ok. 500 mln zł. Mamy instrumenty takie jak pożyczki na kapitał obrotowy, które nadal są oferowane przedsiębiorcom. Ich zaletą jest spłata odroczona o 12 do 15 miesięcy, dzięki czemu przedsiębiorca nie musi się martwić, że już następnego miesiąca po zaciągnięciu pożyczki musi spłacać ten kapitał – mówi prezes ARP.
O roli polskiego kapitału podczas pandemii COVID-19 eksperci debatowali podczas ubiegłotygodniowego Forum Wizja Rozwoju w Gdyni, pod patronatem premiera Mateusza Morawieckiego. W tym roku odbyła się już IV edycja tego wydarzenia, w trakcie którego ekonomiści, naukowcy, przedsiębiorcy i przedstawiciele rządu rozmawiają o najistotniejszych wyzwaniach dla krajowej gospodarki. Forum Wizja Rozwoju to zarazem jedno z największych wydarzeń gospodarczych w północnej Polsce.
W Polsce brakuje 10 tys. nauczycieli. ZNP chce zmian w wynagrodzeniach
Ponad 10 tys. wolnych miejsc pracy dla nauczycieli to bilans kryzysu kadrowego w polskiej oświacie. Powodem jest nie tylko wysokość wynagrodzeń, ale też polityka edukacyjna, która wprowadza zamieszanie i powoduje, że praca nauczyciela obarczona jest dużą niepewnością. – Coraz więcej osób, które mają możliwość podjęcia lepiej płatnej i spokojniejszej pracy, rezygnuje z zatrudnienia w szkole – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. We wrześniu ruszy akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy dotyczącym powiązania płacy nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem.
Braki kadrowe w szkołach widać najbardziej w dużych miastach, gdzie rynek pracy jest stale zasilany nowymi ofertami pracy i istnieje najwięcej alternatyw dla zatrudnienia w szkole. Brakuje zarówno wychowawców przedszkolnych, nauczycieli nauczania początkowego, jak i określonych przedmiotów, np.: języka polskiego, matematyki, przyrody, przedmiotów zawodowych oraz historyków czy chemików.
– Oczywiście największe braki występują w Warszawie i sięgają prawie 3 tys. nauczycieli. Ale biorąc pod uwagę proporcję liczby szkół i nauczycieli, wcale nie wygląda to lepiej np. na Podlasiu, gdzie brakuje ponad 500 nauczycieli. Największe problemy są tam, gdzie jest alternatywa dla szkoły i nauczyciel może znaleźć spokojniejszą pracę, mniejsze tam, gdzie szkoła jest czasami jedynym zakładem pracy i tej alternatywy nie ma – uściśla Sławomir Broniarz.
Jak podkreśla, powodem są nie tylko warunki płacowe – nauczyciel z wykształceniem magisterskim i z przygotowaniem pedagogicznym rozpoczynający pracę 1 września otrzyma wynagrodzenie brutto mniejsze niż płaca minimalna.
– Jest wiele przedmiotów, które są nauczane w jednej godzinie tygodniowo i brak nauczyciela może spowodować, że dzieci przez dwa, trzy, cztery tygodnie nie będą miały zajęć z danego przedmiotu. Sytuacja jest naprawdę bardzo skomplikowana i obecnie wydaje mi się niemożliwa do rozwiązania. Oczywiście można stosować półśrodki, dyrektorzy na pewno je stosowali, i przydzielać nauczycielom półtora etatu, ale to nie rozwiąże problemu, bo nauczyciel nie może pracować wydajnie przez 27–29 godzin dydaktycznych każdego tygodnia – zauważa prezes ZNP.
I dodaje, że nauczyciel po 20 latach pracy, mający najwyższy stopień awansu zawodowego, zarabia około 4,9 tys. zł brutto miesięcznie, więc coraz więcej osób, które mają możliwość znalezienia sobie lepiej płatnej i spokojniejszej pracy, taką decyzję podejmuje.
– Mówiąc o spokojniejszej pracy, mam na myśli to, co dzieje się w ogóle w polityce edukacyjnej. Ten ogromny chaos i zamieszanie. Nauczyciele nie skupiają się na najbardziej istotnych problemach, ale zajmują się rzeczami, które w gruncie rzeczy są raczej marginalne, ale które niestety polaryzują środowisko i dzielą Polaków, np. kwestią nauczania religii czy przygotowania do życia w rodzinie. To nie są tematy wiodące w polskiej edukacji. One są wywoływane przez ministra chyba tylko po to, żeby pan minister miał okazję brylować w mediach – mówi Sławomir Broniarz.
Jego zdaniem szkoła jest przedmiotem ustawicznej walki ministra z nauczycielami oraz oddziaływania politycznego, czasami wręcz propagandowego.
– To naprawdę nie sprzyja stabilności, nie sprzyja spokojowi pracy w naszym zawodzie – kwituje.
Po pierwszym września rozpocznie się zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy dotyczącym powiązania płacy nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem. Celem zmian w prawie jest zrównanie wynagrodzenia miesięcznego nauczyciela dyplomowanego z przeciętnym wynagrodzeniem w kraju.
– Nauczyciele to jest grupa o najwyższym poziomie kwalifikacji zawodowych i nie można tego środowiska wpychać w kolejny etap pauperyzacji, nie można mu proponować jako punktu odniesienia płacy minimalnej, bo to jest po prostu niegodziwe wobec ludzi, wobec których mamy ogromne wymagania, od których oczekujemy maksymalnie dużego wysiłku i efektów pracy. I te efekty pracy są, co widać po badaniach międzynarodowych, a my im oferujemy płacę minimalną lub wynagrodzenie poniżej płacy minimalnej – wyjaśnia prezes ZNP.
Związek Nauczycielstwa Polskiego stoi na stanowisku, że inwestowanie w edukację i dobrych nauczycieli oraz unikanie problemów kadrowych w oświacie musi się zacząć od zmian w systemie wynagradzania nauczycieli.
Afganistan na skraju katastrofy humanitarnej i gospodarczej. Kontrolę nad sytuacją mogą przejąć Chiny
– Chińczycy są dziś w Afganistanie ze swoimi formami aktywności nie tylko wobec talibów. Obstawiam, że są aktywni również w opozycji antytalibańskiej, bo to naturalne, że chcą mieć pełny wachlarz możliwości – mówi dr Jacek Raubo, ekspert ds. bezpieczeństwa i obronności. Jak podkreśla, Afganistan jest państwem, w którym ścierają się interesy kilku mocarstw i państw regionalnych, dlatego rozwój sytuacji w tym regionie jest trudny do przewidzenia. Jednak wielu ekspertów to właśnie Chiny wskazuje dziś jako gracza, który ma potencjał, aby samodzielnie przejąć kontrolę nad sytuacją w Afganistanie.
– Jako społeczność międzynarodowa myśmy sobie trochę uprościli sprawę w sposób, który dał nam niestety element bolesnej lekcji. Widzieliśmy Amerykanów, NATO, widzieliśmy złych talibów i walkę z terroryzmem. Kiedy zabrakło czynnika amerykańskiego czy natowskiego, upada państwo, które było tworzone przez ostatnich 20 lat. I dopiero dostrzegamy, jak kruchy i wielopłaszczyznowy jest ten konglomerat relacji w Afganistanie – mówi dr Jacek Raubo, ekspert Defence24.
Po prawie 20 latach obecności wojskowej w Afganistanie, na przełomie lipca i sierpnia, USA zaczęły wycofywać swoich żołnierzy (według zapowiedzi Joe Bidena ten proces miał się oficjalnie zakończyć 31 sierpnia). W efekcie talibowie, którzy wcześniej sukcesywnie przejmowali kolejne prowincje i miasta, 16 sierpnia zajęli stolicę – Kabul i ogłosili swoje zwycięstwo. Wspierany przez USA rząd Afganistanu upadł, a prezydent Aszraf Ghani uciekł za granicę. Z pogrążonego w chaosie kraju usiłowały uciec setki tysięcy ludzi, część z nich została ewakuowana przez społeczność międzynarodową. W ubiegłym tygodniu kolejne kraje – Niemcy, Finlandia i Hiszpania – poinformowały o zakończeniu procesu ewakuacji z Afganistanu swoich dyplomatów, obywateli, żołnierzy oraz współpracujących z nimi Afgańczyków. Francja i Wielka Brytania wciąż kontynuują ten proces, a z lotniska w Kabulu odlatują ostatnie samoloty – pomimo czwartkowych zamachów Państwa Islamskiego, w którym zginęło ok. 170 osób, w tym 13 amerykańskich żołnierzy.
Komentatorzy oceniają, że Afganistan – kraj biedny, którego budżet był w ostatnich latach finansowany głównie przez organizacje międzynarodowe – stoi aktualnie na skraju katastrofy humanitarnej i załamania gospodarczego, czego skutkiem będzie zaognienie konfliktu i potencjalna, kolejna fala terroryzmu. Sytuacja jest jednak trudna do przewidzenia, bo – jak podkreśla dr Jacek Raubo – Afganistan jest państwem, w którym ścierają się interesy kilku mocarstw i państw regionalnych.
– Afganistan był przestrzenią, gdzie ingerowało wiele państw. Pakistan lub być może pewna część pakistańskich elit wywiadowczych – mówimy tu o ISI, czyli głównym organie wywiadowczym Pakistanu, silnie związanym z interesami polityczno-wojskowymi tego kraju – miał i wciąż ma interes w Afganistanie. Ale to niejedyny aktor, jestem w stanie się założyć, że indyjski wywiad RAW też był i jest obecny na terytorium Afganistanu. Tam są też wielkie interesy Irańczyków, rosyjskie i amerykańskie służby i Chińczycy ze swoimi formami aktywności nie tylko wobec talibów. Obstawiam, że Chińczycy są dzisiaj aktywni również w opozycji antytalibańskiej, bo to naturalne, że chcą mieć pełny wachlarz możliwości działania – mówi prezes Fundacji Instytut Bezpieczeństwa.
Wielu ekspertów to właśnie Chiny wskazuje dziś jako gracza, który ma potencjał, aby samodzielnie przejąć kontrolę nad sytuacją w Afganistanie.
– Państwa takie jak Chiny, Pakistan, Iran czy Rosja mogą dzisiaj grać w Afganistanie bez zaangażowania dużych środków i bez utrzymywania olbrzymiego aparatu państwowego – czy nawet samego wojska i służb bezpieczeństwa – osiągając relatywnie podobne sukcesy narzędziami takimi jak służby specjalne czy niepopularne elementy, jak np. wykorzystanie radykałów czy organizacji terrorystycznych, przekupywanie lokalnych dowódców. Dużym tematem jest dziś też kwestia przestępczości zorganizowanej, np. sterowania kanałami przerzutu narkotyków – mówi dr Jacek Raubo.
Korzyścią z przejęcia kontroli nad sytuacją w Afganistanie byłaby dla Pekinu nie tylko eksploatacja zasobów czy kontrola nad ważnymi szlakami w Azji, ale także np. możliwość sterowania bezpieczeństwem – nie tylko w tym regionie – i wywierania presji na inne kraje, chociażby poprzez stymulowanie fal migrantów.
– Użycie presji migracyjnej jako jeden z elementów działań hybrydowych będzie się powtarzało. Po pierwsze dlatego, że to już zostało sprawdzone, to nie jest nowa rzecz. Na przykład Fidel Castro w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi też wykorzystał presję migracyjną i konstruował ją w taki sposób, aby w jak największym stopniu zaszkodzić nie tylko Amerykanom, ale i samym Kubańczykom, którzy uciekali z kraju. Wypuszczał np. osoby z zakładów karnych, które odsiadywały tam wyroki nie tylko za czyny polityczne, ale i sprawy karne, żeby podważyć potrzebę pomocy tym osobom, które trafiały do Stanów Zjednoczonych. To nie jest też nowa rzecz w Europie – mówi ekspert Defence24.
Według polskiego rządu podobna sytuacja ma w tej chwili miejsce na granicy z Białorusią, gdzie od kilkunastu dni koczują migranci. Strona polska uważa, że jest za nią odpowiedzialny reżim Łukaszenki, który próbuje w ten sposób zdestabilizować sytuację na granicy. „Mamy do czynienia z atakiem hybrydowym. W sposób systematyczny i zorganizowany nasz sąsiad ze Wschodu próbuje zdestabilizować sytuację polityczną. Przyciągani są imigranci, głównie z Iraku. Ci imigranci są transportowani na granicę białorusko-polską, od strony Białorusi” – oświadczył premier Mateusz Morawiecki, który odwiedził w ubiegłym tygodniu przejście graniczne w Kuźnicy.
– Presja migracyjna jest jednym z elementów działań hybrydowych. Z jednej strony mamy tam element wojskowy, chociażby Zapad – element służb specjalnych, całą otoczkę informacyjną i przestrzeń cyber, gdzie toczy się też walka o narrację. To nie jest tylko kwestia klasycznych mediów, ale też chociażby social mediów, Facebooka czy Twittera, gdzie próbuje się dzisiaj z taką zapalczywością nawigować pewnymi tendencjami, narracjami. Jeśli zbierzemy to w całość, mówimy rzeczywiście o działaniach hybrydowych. Ale w momencie, w którym mamy pewien obraz tu i teraz – bo mamy i rosyjsko-białoruskie czołgi, i białoruskich pograniczników, którzy wypychają ludzi przywiezionych na terytorium Białorusi w pewnym celu, to niestety tracimy trochę orientację w pojmowaniu tych działań hybrydowych – mówi dr Jacek Raubo.
Skuteczność działań PR będzie można dokładniej monitorować. Pomogą w tym nowe rozwiązania oparte na autorskim algorytmie
Prognozy dla branży PR, niezależnie od przedstawianych scenariuszy, zakładają rosnącą rolę technologii i baz danych. Jak wynika z raportu agencji Publicon, rozwój cyfrowych narzędzi sprawi, że coraz więcej procesów będzie automatyzowanych, co pozwoli m.in. lepiej personalizować treści. Technologie usprawniają także weryfikację kampanii PR-owych w czasie rzeczywistym. – Podczas codziennego monitoringu widać podsumowanie skuteczności poszczególnych działań i można szybciej podjąć decyzję o wprowadzeniu zmian w komunikacji – wyjaśnia Sylwia Dobkowska, kierownik działu PR i marketingu IMM.
Kształtowanie wizerunku marki, firmy, instytucji lub osoby na podstawie wcześniej opracowanej strategii to podstawa dobrze prowadzonej komunikacji. Równie ważny jest systematyczny monitoring mediów, który dodatkowo – oparty na konkretnie wyznaczonych celach określonych w czasie – zwiększa szanse na osiąganie najlepszych wyników w obszarze PR-u.
– Monitorowanie efektów działań jest kluczowe, bo pozwala na bieżąco weryfikować naszą skuteczność i w zależności od wyników modyfikować strategię po to, aby osiągnąć pożądany cel. PR-owcy mierzą swoje efekty poprzez uzyskaną medialność, zainteresowanie odbiorców, a to wszystko finalnie sprowadza się do liczb: do liczby publikacji, zasięgu, czyli liczby potencjalnych kontaktów, do ekwiwalentu reklamowego wyrażonego w złotówkach czy do źródeł, czyli tytułów mediowych, w których z danym komunikatem chcemy zaistnieć – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Dobkowska.
To kluczowe wskaźniki, które pozwala mierzyć monitoring mediów. Do swojej oferty IMM dodało kolejną funkcjonalność, która pozwala wyznaczać konkretne cele liczbowe w monitorowanych kategoriach – w liczbie publikacji z podziałem na typ mediów, wielkość dotarcia, wartość ekwiwalentu reklamowego (AVE) i pojawianie się w istotnych dla danej organizacji tytułach mediowych.
– Specjaliści do spraw komunikacji codziennie pracują na celach. Są one jednym z głównych elementów wcześniej wypracowanej strategii danego projektu czy kampanii. Bez konkretnych założeń trudno jest też osiągnąć pożądane efekty. Cele po prostu pomagają nadać konkretny kierunek komunikacji i zbudować spójny wizerunek marki, osoby, firmy czy instytucji. Odbiorca, widząc jasny przekaz z naszej strony, jest nam w stanie szybciej zaufać, polecić nas i przede wszystkim zapamiętać. To wszystko jest dużym wsparciem w procesach sprzedaży – wyjaśnia ekspertka IMM.
To darmowe narzędzie, które zlicza wskaźniki w czasie rzeczywistym. Służy do tego specjalny algorytm. Jak podkreśla Sylwia Dobkowska, to pierwsze tego typu narzędzie zliczające mediowe KPI (key performance indicators) na rynku.
– Dane są prezentowane za pomocą specjalnych interaktywnych wykresów, które informują użytkownika, na jakim etapie w skali procentowej jest w danym momencie kampanii. Przy okazji codziennego monitoringu widzimy od razu podsumowanie naszej skuteczności danych działań i jesteśmy w stanie szybciej podjąć decyzję na temat ewentualnych koniecznych zmian w naszym planie komunikacji czy strategii – mówi.
Śledzenie wyników porównawczych, które prezentowane są w biuletynie w sposób automatyczny, pozwala dostosowywać komunikację do bieżącej sytuacji, a także do działań innych graczy na rynku.
– Takie same cele możemy wyznaczać również u konkurencji, jeśli ją monitorujemy, po to, aby na bieżąco porównywać wyniki i móc modyfikować swoją komunikację w taki sposób, aby stale budować przewagę wizerunkową w mediach – zaznacza ekspertka IMM.
Dzięki tego typu narzędziom praca PR-owców staje się także coraz bardziej wymierna. W kwietniu IMM wprowadził inny wskaźnik – indeks mocy – który pozwala zmierzyć w skali od 0 do 10 siłę, z jaką dany przekaz o marce, firmie lub zagadnieniu potencjalnie oddziałuje na odbiorcę. Z kolei kilka miesięcy wcześniej instytut jako jedyny wprowadził na rynek monitoringu mediów w Polsce darmową aplikację mobilną IMMapp, która pozwala zarządzać publikacjami nie tylko z portali internetowych, lecz także z social mediów, prasy, radia i telewizji.
Cyfrowe narzędzia zmieniają nie tylko monitorowanie skuteczności działań PR, lecz również samą pracę PR-owców. Jak wynika z raportu agencji Publicon, w kolejnych trzech dekadach automatyzacja branży będzie postępować, a jednym z głównych czynników oddziałujących na zmiany w tym sektorze będzie sztuczna inteligencja. Ponad 88 proc. badanych przedstawicieli polskiego PR-u wskazuje, że digitalizacja mediów i komunikacji to procesy nie do zatrzymania. W kolejnych latach analityka danych stanie się najbardziej pożądaną kompetencją na rynku, wyprzedzając m.in. kreatywność czy kompetencje miękkie.

